Archiwum bloga

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10/10. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 września 2011

Czas zmierzyć się z legendą...

W tym roku w wakacje postanowiłem odwiedzić stare kąty. Miejsca dawno nie widziane, ale zawsze obecne w mojej pamięci i wywołujące bardzo pozytywne uczucia. Wycieczka rozpoczęła się w lipcu. Paradoksalnie, w domu na kanapie. Moja podróż zaczęła się od ostatniego życzenia. Właściwie: "Ostatniego życzenia" autorstwa Andrzeja Sapkowskiego.

Cykl wiedźmiński przeczytałem pierwszy raz zaczynając liceum, wtedy powieść ta zafascynowała mnie, stała się dla mnie legendą. Od tamtej pory 7 tomów przygód wiedźmina Geralta przeczytałem z 7 czy 8 razy. Za każdym podejściem znajduję w tej książce coś zaskakującego - coś, na co nie zwróciłem wcześniej uwagi, lub też o czym zapomniałem. Tym sposobem ta lektura nigdy się nie nudzi... Powieść ta stanowi dla mnie wspomnienie moich nastoletnich lat. Mam do niej ogromny sentyment i w związku z tym lojalnie ostrzegam, że ten artykuł jest bardziej zbiorem moich wrażeń, czy spostrzeżeń, niż w miarę obiektywną recenzją. Czas zatem zmierzyć się z legendą...

Cykl wiedźmiński składa się z dwóch tomów opowiadań: "Ostatnie życzenie" oraz "Miecz przeznaczenia", a także z pięciotomowej powieści. Kolejne tomy noszą tytuł: "Krew elfów", "Czas pogardy", "Chrzest ognia", "Wieża jaskółki" i "Pani jeziora"  (alternatywne - opracowane przeze mnie i brata - tytuły to: "Brew entów", "Czas podagry", "Chrzęst ogniw", "Wierzę ja w spółki" oraz "Pani je zmora"). Opowiadania w zbiorach łączy przede wszystkim postać wiedźmina Geralta - głównego bohatera. Kolejne 5 tomów to regularna powieść i części te są ściśle ze sobą związane. Głównymi bohaterami cyklu są Geralt oraz Ciri. Geralt jest wiedźminem - najemnym zabójcą potworów. Ciri jest następczynią tronu Cintry - kraju, który został podbity przez Nilfgaard. Jednocześnie jej losy zostają w przedziwny sposób splecione z losami Geralta, który przyjmuje wobec niej rolę opiekuna i uczy ją tego co sam umie - walki mieczem. Dość szybko okazuje się, że dziewczynka przejawia talenty magiczne, w okiełznaniu których pomaga jej czarodziejka Yennefer. Yennefer to jedyna prawdziwa miłość Geralta, kochankowie raz ze sobą są, raz od siebie uciekają, ale uczucie trwa. Wkrótce okazuje się, że Ciri jest osobą poszukiwaną nie tylko przez wielu ludzi, czarodziejów, elfy, ale nawet wywiady państw. Większość z nich nie ma wobec dziewczynki dobrych zamiarów. I tu zaczyna się cała masa intryg, komplikacji i wydarzeń, na które recenzja nie jest właściwym miejscem.
Fabuła sagi jest bardzo wielowątkowa i zakręcona jak projekt ustawy napisanej przez polskie partie rządzące. Bardzo fajnym zabiegiem ze strony autora jest mnogość sposobów narracji. Każdy rozdział rozpoczęty jest cytatem z rozmaitych fikcyjnych źródeł. Raz są to podania ludowe, innym razem fragment jakiejś księgi z dalekiej wobec wydarzeń w książce przyszłości. Innym razem fragment legendy o Geralcie, czy wpis z encyklopedii. Nadaje to niesamowitej wiarygodności powieści. Sama fabuła opowiadana jest również z perspektywy rozmaitych postaci, co buduje pewien relatywizm wydarzeń. A propos relatywizmu: bohaterowie są szarzy. Co nie znaczy, że są bezbarwni. Mam jedynie na myśli fakt, że nikt nie jest stuprocentowym białym- albo czarnym charakterem. Tu każdy ma swoje motywy, powody dla których prowadzi swoje życie tak, a nie inaczej. Nie da się nikogo jednoznacznie ocenić jako tego złego, czy dobrego. Jak w życiu. Jak już jednak napisałem szare odcienie nie sprawiają, że postacie są bezbarwne. Wręcz przeciwnie. Sapkowski jest mistrzem w tworzeniu wyrazistych bohaterów, każda z jego postaci posiada charakter, poglądy, swoje charakterystyczne powiedzenia, w każdą mistrz Sapek tchnął duszę. Co więcej, postacie są kreacjami dynamicznymi. Doświadczenia, jakie zbierają na łamach powieści zmieniają ich spojrzenie na świat, niejednokrotnie i charakter. Przykładem może być postać Ciri – którą poznajemy jako dziecko, a w czasie powieści wyrasta ona na pewną siebie nastolatkę o zdefiniowanych poglądach.
Każdy bohater przynależy do jednej z ras zamieszkujących świat wykreowany przez Sapkowskiego. I tak mamy tu elfy, krasnoludy, niziołki, gnomy, driady oraz oczywiście ludzi. Poszczególne rasy zostały stworzone w absolutnie logiczny sposób. I tak krasnoludy to rubaszne brodate karły, specjaliści w zakresie wydobywania rud żelaza, a także w obróbce metali. Elfy są z kolei wyniosłe, przekonane o swojej wyższości nad ludźmi. Żyją w zgodzie z naturą, są długowieczne, lecz mało płodne. Driady to leśne panny, które prawie nigdy nie kontaktują się z ludźmi. I tak dalej... Rozmaite rasy, a także potwory Sapkowski zaczerpnął z wielu mitologii – słowiańskich (strzyga), skandynawskiej, anglosaskiej – elfy. Również relacje pomiędzy poszczególnymi rasami zostały stworzone w bardzo realistyczny, wręcz „ludzki” sposób. I tak, ludzie nienawidzą wszystkich, którzy są od nich odmienni. Elfy wszystkich traktują z góry. Krasnoludy próbują się integrować, ale nie są akceptowane przez ludzi. W miastach są specjalne getta dla nieludzi, mieszane potomstwo jest pogardzane przez wszystkie rasy.

Wszyscy nieludzie zgodnie zachowywali rezerwę wobec ludzi. Ludzie odpowiadali
nieludziom podobną monetą, ale wśród nich też bynajmniej nie obserwowało się integracji.
Szlachta spoglądała z pogardą na kupców i domokrążców, a żołdacy i najemnicy odsuwali się
od pasterzy w śmierdzących kożuchach. Nieliczni czarodzieje i adepci izolowali się zupełnie i
wszystkich dookoła sprawiedliwie obdarzali arogancją. Tło stanowiła zaś zbita, ciemna,
ponura i milcząca gromada chłopów. Ci, przypominając armię lasem wznoszących się nad
głowami grabi, wideł i cepów, ignorowali wszystko i wszystkich.
Wyjątek, jak zwykle, stanowiły dzieci. Zwolniona z nakazu ciszy obowiązującego w czasie
występu barda, smarkateria z dzikim wrzaskiem pomknęła ku lasowi, by tam z zapałem oddać
się grze, której reguły były nie do pojęcia dla kogoś, kto pożegnał się już ze szczęśliwymi
latami dzieciństwa. Mali ludzie, elfy, krasnoludki, niziołki, gnomy, półelfy, ćwierćelfy i
berbecie zagadkowej proweniencji nie znały i nie uznawały podziałów rasowych i
społecznych. Na razie.”


Moim zdaniem problemy społeczne świata Sapkowskiego to kalka analogicznych kłopotów naszego świata. Dodać trzeba, że podobne odniesienia naszej ludzkiej rzeczywistości można obserwować u Sapka na bardzo wielu płaszczyznach. Świat zaproponowany nam w powieści jest po prostu realistyczny i „ludzki” - w tym negatywnym znaczeniu tego słowa- aż do bólu. To dodaje realizmu powieści, sprawia, że lektura nie wydaje się być oderwaną od zasad świata i logiki bajką. Ciekawą kastą są tu czarodzieje – zostanie czarodziejem, bądź czarodziejką wymaga lat wyrzeczeń i ogromnej pracy połączonej z talentem. Jednak kiedy adept zostanie przyjęty do grona, odbija sobie lata poświęceń i traci wszelkie hamulce. Czarodzieje oraz czarodziejki to grupa samolubnych bufonów, oddających się perwersyjnym uciechom. Mimo że potrafią naprawdę dużo, nie są oni zainteresowani niesieniem pomocy nikomu, a przynajmniej nie za darmo. Sapkowski stworzył bardzo spójny świat, świat w którym ludzie są ksenofobiczni, samolubni i nieuczciwi, elity mają wszystko w poważaniu, królowie to często ludzie okrutni i zapatrzeni we własny skarbiec, motywem działań jest najczęściej chciwość, strach, rzadziej rozsądek, a już absolutnym wyjątkiem jest troska o bliźniego, czy bezinteresowność. Tło społeczne i polityczne głównych wydarzeń w książce stanowi wojna z południowym cesarstwem Nilfgaardu, a także rozpaczliwe powstanie rozgoryczonych sytuacją młodych elfów i krasnoludów. Powstanie, która sprowadza zagładę na ich własne rasy – bo tylko elfia młodzież jest płodna. Tak nakreślone okoliczności wydarzeń pokazują geniusz Sapkowskiego jako pisarza. Żeby było jeszcze ciekawiej Sapkowski stylizuje język – i tak chłop mówi jak chłop, krasnolud przeklina, czarodzieje używają skomplikowanych figur retorycznych. Każda postać jest spójna ze swoim środowiskiem w sposobie wypowiedzi, poziomie wiedzy i zdolności pojmowania świata. Ta niesamowita cecha dodaje jeszcze realizmu powieści. Pisząc o realizmie nie sposób nie nadmienić o świetnych opisach walk. Opis bitwy pod Brenną jest prawdziwym majstersztykiem. Sapkowski przekazuje narrację rozmaitym uczestnikom bitwy. Czytelnik może w ten sposób dowiedzieć się jak czuję się tuż przed walką żołnierz piechoty, jak działa szpital polowy, poznać ogromny strach jaki towarzyszy podjazdom sprawdzającym pozycje wroga. Całość składa się na niesamowicie realistyczny opis bitwy, który sprawia, że dosłownie słyszy się huk walki, krzyki ranionych i wizg zabijanych koni. Opis tej batalii zrobił na mnie ogromne wrażenie, ale opisy walk toczonych przez Geralta, czy Ciri są również niesamowicie obrazowe. Obok realistycznych scen walki w powieści możemy napotkać również dość odważne, ale jednocześnie subtelne sceny erotyczne.
"-Rozmawiali, ale to nie byla zwykla rozmowa - Coz bylo w niej niezwyklego ? - Wieksza czesc czasu ona trzymala nogi na jego ramionach"

W całej misternej konstrukcji świata nie mogło zabraknąć takiego zawodu jak wiedźmin – najemny zabójca potworów. Wiedźmini przechodzą mutację, dzięki czemu zyskują potężne zdolności potrzebne im w walce z potworami. Jednocześnie jednak płacą za to ogromną cenę – są bezpłodni, a przez resztę społeczeństwa traktowani z najwyższą nieufnością jako „parszywi odmieńcy”. Konstrukcja tego zawodu oddaje całą istotę kreacji świata – słodko-gorzkiego świata.

Kolejnym elementem decydującym o niezwykłości tej powieści jest cudowny, złośliwy i sarkastyczny humor Sapka. Nieraz zdarzyło mi się turlać po łóżku ze śmiechu po przeczytaniu wyjątkowo udanego fragmentu powieści. Sapkowski bawi się słowem, jego dowcipy są raz wysublimowane, innym razem dość dosłowne i rubaszne ale zawsze niezmiernie śmieszne.

- Pan śpi - powtórzył odźwierny, patrząc na Geralta z góry. Był wyższy o głowę i blisko dwukrotnie szerszy w barach. - Głuchy jesteś, włóczęgo? Pan śpi, mówię.
- A niech sobie śpi - zgodził się wiedźmin. - Mam interes nie do twojego pana, ale do damy, która tu przebywa.
    - Masz interes, powiadasz - odźwierny, jak się okazało, był człowiekiem dowcipnym, co zadziwiało u kogoś tej postury i aparycji. - To idź, powsinogo, do zamtuza i zrób z niego użytek. Wynocha.
Geralt odpiął od pasa sakiewkę i zważył ją w dłoni, trzymając za rzemyki.
- Nie przekupisz mnie - rzekł dumnie cerber.
- Nie zamierzam.
Odźwierny był za potężny, by mieć refleks pozwalający uchylić się lub zasłonić przed szybkim ciosem zwykłego człowieka. Przed ciosem wiedźmina nie zdołał nawet przymknąć oczu. Ciężka sakiewka z metalicznym trzaskiem wyrżnęła go w skroń. Runął na drzwi, chwytając się oburącz ościeżnicy. Geralt oderwał go od niej kopniakiem w kolano, pchnął barkiem i zdzieliłsakiewką jeszcze raz. Oczy odźwiernego zmętniały i rozbiegły się w przekomicznym zezie, nogi złożyły się pod nim jak dwa scyzoryki. Wiedźmin, widząc, jak drab, choć już prawie bez zmysłów, maca jeszcze dookoła rękami, walnął go z rozmachem po raz trzeci, prosto w ciemię.
- Pieniądz - mruknął - otwiera wszelkie drzwi.”

Sapkowski w „Wiedźminie” ukrył wiele smaczków i nawiązań do innych utworów, baśni, podań. Bardzo ciekawie czyta się o księżniczce Vandzie, która utopiła się w rzeczce Duppie bo nikt jej nie chciał. Sapkowski jest mistrzem takich odniesień i odkrywanie ich stanowi część zabawy. Ich ilość jest niesamowita i jestem pewien, że sam odnalazłem tylko niewielką część ich wszystkich.

- Prawda. Północ blisko, ogień przygasa. Posiedzę jeszcze, zawsze najlepiej układało mi się rymy przy dogasającym ogniu. A potrzebuję dla mojej ballady tytułu. Ładnego tytułu.
- Może "Kraniec świata"?
- Banalne - parsknął poeta. - Nawet jeśli to faktycznie kraniec, trzeba to miejsce określić inaczej. Metaforycznie. Zakładam, że wiesz, co to metafora, Geralt? Hm... Niech pomyślę... "Tam, gdzie..." Cholera. "Tam, gdzie..."
  • Dobranoc - powiedział diabeł.”

Nie mogę tu nie napisać o świetnym pomyśle Sapka na funkcjonowanie wampirów. Otóż wg autora Wiedźmina na wampira ludzka krew działa jak alkohol na ludzi. Wampiry wcale się nią nie żywią, ale jest ona potrzebna dla dobrej zabawy i w celu przełamywania lodów towarzyskich. Jak dla mnie pomysł jest genialny, a fragment lektury, w którym wampir opowiada o swoim uzależnieniu przebija wszystko:

(...)- Później - ciągnął Regis - wystąpiły alarmujące objawy. Zabawa i towarzystwo zaczęły
pełnić rolę absolutnie drugorzędną. Zauważyłem, że mogę się bez nich obyć. Wystarczająca i
naprawdę ważna stała się krew, nawet pita...
- Do lustra? - wtrącił Jaskier.
- Gorzej - odrzekł spokojnie Regis. - Ja nie odbijam się w lustrach.(...)”



Całe to jednak wspaniałe tło nie zdało by się na nic, gdyby główne wątki były nudne. Na szczęście tak nie jest. Fabuła powieści jest zawiła i pokręcona jak projekt ustawy w polskim sejmie. Koleje losów głównych bohaterów są nieprzewidywalne, spotykają oni na swojej drodze bardzo interesujące postaci, toczą wiele walk, ale i dialogów. Przeżywają przemiany wewnętrzne. Nie chcę tutaj zdradzać szczegółów, ale gwarantuję, że nikt nie będzie zawiedziony.

Wady? Wielu czytelników uważa zakończenie za niezbyt fortunne. Moim zdaniem również mogłoby ono zostać trochę inaczej napisane.

Podsumowując, Saga o Wiedźminie to powieść genialna, osadzona w świetnym świecie, okraszona smaczkami i humorem, o bystrej, wciągającej fabule i barwnych bohaterach. Przy tym nie posiadająca w zasadzie wad. Jak dla mnie jest to powieść wszech czasów. Żadna inna książka nie towarzyszyła mi tak często w życiu, żadna inna nie miała na moje życie takiego wpływu. Na tej powieści się wychowałem i na zawsze pozostanie najważniejszą lekturą mojego życia. Dziękuję Mistrzu...

sobota, 16 kwietnia 2011

Genezis - kapitalna książka

Na jednym z lubianych przeze mnie blogów przeczytałem recenzję „Genezis” Bernarda Becketta. Autor rozpływał się nad książką twierdząc, że jest genialna i poleca ją wszystkim, niezależnie od preferowanej literatury. Zachęcony tym entuzjastycznym opisem jeszcze tego samego dnia nabyłem książkę i zabrałem się do lektury. Bernard Beckett to nowozelandzki pisarz fantastyczny, który w Polsce jest właściwie nieznany. W swojej ojczyźnie został doceniony wieloma nagrodami. Autor ten ma w dorobku zarówno powieści, jak i sztuki teatralne.


„Genezis” jest hybrydą łączącą oba te gatunki. Książka ta napisana jest z podziałem na role. Przedstawia przebieg egzaminu Anaksymandry, który ma zadecydować o jej przyjęciu do Akademii. Jest to elitarna formacja społeczna, która decyduje o kształcie państwa, jego losach itp. Podczas egzaminu widz dowiaduje się o genezie Państwa, jego późniejszych losach. Jest też zapoznany szczegółowo z postacią Adama Forde - postaci zajmującej szczególne miejsce w historii Republiki. Wypowiedzi Anaksymandry pełne są również rozważań filozoficznych.

 "Idea trafia do mózgu z zewnątrz. Robi małe przemeblowanie, dostosowując lokum do swoich potrzeb. Znajduje inne Idee, które już wcześniej zamieszkiwały mózg, po czym podejmuje z nimi walkę lub tworzy sojusze. Sojusznicy budują nowe struktury, aby bronić się przed intruzami. A gdy tylko nadarzy się okazja, Idea wysyła swoje oddziały szturmowe na zewnątrz, by zainfekować inne mózgi. Najskuteczniejsze Idee podróżują pomiędzy umysłami, zajmują nowe terytoria i mutują po drodze.(...) Wiele Idei ginie; tylko najsilniejsze potrafią przetrwać."



                                                /Genezis/ Bernard Beckett


Jaka właściwie jest ta książka? Z czystym sumieniem mogę stwierdzić: świetna! Wykreowany świat jest bardzo spójny, historia Republiki jest logiczna i niestety w jakiś ponury sposób możliwa w realnym świecie. Ten fakt skłania do rozmyślań nad istotą cywilizacji, kierunkiem jej rozwoju. Czytelnik nie raz zadaje sobie pytanie: „czy do tego właśnie dążymy?”, a potem: „czy tego właśnie chcemy?”. Sam autor też nie stroni od filozofii, prezentując wiele przemyśleń i zadając wiele pytań. To jest świetne! Ponadto książkę napisaną w formie dramatu czyta się bardzo szybko i przyjemnie. Wydaje mi się, że dla przestawienia wydarzeń  opowiedzianych w książce autor wybrał optymalną formę. Ale to też  nie jest  jeszcze najlepsze! Doskonałym pomysłem jest ujawnianie fabuły stopniowo, tak by czytelnik bez przerwy zastanawiał się o co właściwie chodzi. Całą historię poznajemy z kolejnych wypowiedzi Anaksymandry i stopniowo kształtują one nasze  wyobrażenie o sytuacji w świecie przedstawionym. Sytuacji zarówno przeszłej, jak i teraźniejszej wobec egzaminu. W zasadzie ma się wrażenie, że odkrywa się ten świat wielokrotnie i kiedy czytelnik myśli, że już wie co jest grane, dostaje kolejną niespodziankę. Ale to wciąż nie jest najciekawsze!


Najlepszym elementem tej książki jest jej zakończenie. Jest ono zupełnie nieprzewidywalne i zmienia percepcję świata przedstawionego o 180 stopni. Zakończenie zostawia czytelnika z otwartą buzią i wyrazem głębokiego szoku na twarzy. W zasadzie, nie pozostaje nic innego – jak napisał autor recenzji na blogu – jak zacząć czytać książkę od nowa, bogatszy o wiedzę jaką daje zakończenie. Co więcej, miałem naprawdę ochotę tak zrobić, co nie zdarza się każdego dnia i z każdą książką! Zakończenie stawia bowiem wszystkie wcześniejsze rozważania, wydarzenia, wszystkie pytania w zupełnie innym świetle. Do mnie jeszcze przez kilka dni docierały implikacje końcówki dla poszczególnych wątków i postaw filozoficznych. Powtarzam: zakończenie miażdży!


Wady? Nie dopatrzyłem się. Tak, wiem, w dobrym tonie byłoby napisać tu choć jedną drobną wadę, jakiś mankament, cokolwiek. Ale niestety, nie chcę się czepiać na siłę, a rzeczywistych wad nie zauważyłem.


Ta książka zajmie honorowe miejsce na mojej półce. Z czystym sumieniem mogę ją polecić w zasadzie każdemu, dla kogo dobra lektura nie oznacza super szybkiej akcji i setek trupów. Każda inna osoba powinna być z tej pozycji przynajmniej zadowolona.

10/10

wtorek, 15 marca 2011

Pan Lodowego Ogrodu, tom 2 - dalsza część godna tomu pierwszego

YYYYYYYYYYYYYYY!!! aaaaaaaaaaHHHHHH!! PUK!
ufff! jest! udało się! oderwałem się na chwilę od trzeciego tomu Pana Lodowego Ogrodu, by zdać relację z lektury tomu drugiego. Zanim go przeczytałem, dotarłem do recenzji na blogach, z których jasno wynikało, że drugi tom PLO jest najsłabszym ogniwem serii, że jest znacznie gorszy niż część pierwsza i trzecia. Hmm, może ja jestem jakiś niestandardowy, ale mnie tom drugi podobał się BARDZIEJ niż pierwszy.


Dlaczego uważam tą część za lepszą, wbrew opinii ogółu, zapytacie?  Myślę, że znam odpowiedź na to pytanie. Drugi tom nie jest taki posępny i ponury jak spora część tomu pierwszego. Ponadto, fabuła drugiego tomu jest niesamowicie wciągająca i moim zdaniem nie ustępuje jakością, ani stopniem wsysowatości tomu pierwszego (wsysowatość - miara oznaczająca jak trudno oderwać się od książki. mierzona w wsssp-ach wg układu SI, oraz Electroluxami w USA).  Do tego dochodzi jeszcze obeznanie ze światem i zżycie z bohaterami. Wszystkie te czynniki sprawiły, że drugi tom pochłonąłem, podczas gdy pierwszy tylko szybko czytałem. Drugi tom miażdży i wywołuje silne emocje. Miałem w nim taki moment (dotyczący pobytu bohaterów w Czerwonej Wieży), w którym byłem na tyle silnie przejęty akcją i problemem bohaterów, że przerywałem lekturę po paru linijkach, z powodu napięcia. Na szczęście dalej mogłem czytać już normalnie. W zasadzie wszystkie peany pochwalne, jakie napisałem o pierwszej części, dotyczą też drugiej. Mamy więc tu zaskakujący, ale logiczny świat. Ciekawe postaci prowadzą interesujące dialogi oraz podejmują zrozumiałe działania. Całość jest bardzo spójna. Nic nie dzieje się "bo tak". Sposób pisania Grzędowicza w większości w narracji pierwszoosbowej bardzo mi odpowiada i pomaga utożsamiać się z bohaterami.  Dodatkową atrakcję stanowią fragmenty wierszy z rozmaitych dzieł wykreowanego świata prezentowane na rozpoczęcie każdego rozdziału. 


Teraz część którą zostawiłem sobie na koniec, jako najtrudniejszą. Zadanie brzmi: napisać coś sensownego o fabule, jednocześnie nie ujawniając za wiele treści pierwszego ani drugiego tomu. Trudne. Ale nie niemożliwe.  W książce opisane prowadzone są dwa wątki znane z pierwszego tomu: wątek Vuko wypełniającego swoją misję oraz wątek Tohimona. Na skutek perturbacji znanych czytelnikom pierwszego tomu, Vuko traci sporą część swoich nadzwyczajnych zdolności, np tryb bojowy. Cyfral przestaje być możliwy do kontrolowania i pojawia się w postaci bajkowej wróżki (!). Okazuje się, że misja jaka stoi przed bohaterem jest znacznie trudniejsza niż się wydawało, bo przeciwnik posiadł potężne zdolności magiczne, oraz sporą armię. Vuko jednak dostaje poparcie bogów tej planety, którzy w tym co się dzieje dostrzegają potężne zagrożenie dla swojego dominium.  Vuko uczy się więc magii - tzw. pieśni bogów, ze skutkiem może nie rewelacyjnym, ale zadowalającym. . Jest jednak jasne, że nasz bohater musi sporo się nauczyć, by móc pokonać swojego wroga. Wkrótce okazuje się, że Vuko zyskuje nowych popleczników..
Drugi wątek opowiada o ucieczce Tohimona z kraju. Na skutek obalenia władzy Tygrysiego Tronu do władzy dochodzi dawno wyparty kult pramatki, ze swoimi bardzo rygorystycznymi i nietolerancyjnymi prawami. Tohimon (którego imienia nie pamiętam) zmuszony jest uciekać z kraju, by być może kiedyś w przyszłości powrócić i odzyskać władzę. W ucieczce tej przeszkadzają nowe prawa, które zabraniają choćby podróży, a także świadomość, że odkrycie tożsamości tohimona zakończy się jego pewną śmiercią. Tohimon i jego towarzysz - Brus zmuszeni są do wykorzystania niejednego fortelu i przebrania, by cel został osiągnięty. Bohater dostrzega ogromny bezsens nowego ładu i nie może zrozumieć, czemu ludzie wolą takie jażmo zamiast spokojnych i logicznych rządów swojego ojca - cesarza.


Oba wątki dostarczają mocnych wrażeń i nie umiem powiedzieć, który bardziej mi się podoba. Zacząłem czytać trzeci tom i jedyne co mnie martwi, to fakt, że nie ma żadnej informacji, kiedy ukaże się kolejna część. A to oznacza, że za kilka dni czeka mnie przymusowa przerwa w tej historii. Pozostaje mi tylko więc zaapelować: Panie Jarku, niech Pan pisze szybciej czwarty tom! I liczyć, że prośba zostanie wysłuchana..

10/10

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Cień wiatru - arcydzieło literatury

"Cień wiatru" to książka, do której przez długi czas nie mogłem się przekonać, mimo jej wielkiej popularności. Osądzałem ją po pozorach, a utrzymana w bardzo delikatnych pastelowych barwach okładka mówiła mi, że to pewnie spokojna powieść, z gatunku tych, które opowiadają o cichych losach kolejnych pokoleń jakiejś familii. Słowem spodziewałem się nudziarstwa. Dopiero jakiś czas temu - pod wpływem, chyba, recenzji na jakimś blogu, dostrzegłem w tej ilustracji dyskretną elegancję. Zrozumiałem, że ta powieść nie musi walczyć o uwagę krzykliwą obwolutą, bo jej treść broni się sama. Z takim nastawieniem zacząłem ją czytać. wssssssssssp! Stało się - wessało mnie do końca, nie pozostawiając ani trochę mojej uwagi na sprawy realnego świata. :)

Powieść "Cień wiatru" Carlosa Ruiza Zafona zabiera nas w świat Barcelony pierwszej połowy XX wieku. Czasy generała Franco, rewolucji, wojen, w których do głosu w państwie dochodzą rozmaici krętacze i szemrane typy. W tej oto scenerii poznajemy Daniela - młodego chłopca, będącego synem antykwariusza. Pewnego dnia ojciec zabiera go do tajemniczego miejsca zwanego Cmentarzyskiem Zapomnianych Książek. Daniel ma wybrać sobie jedną książkę, tom który będzie jego przeznaczeniem, o który będzie musiał dbać przez całe życie. I nasz bohater dokonuje wyboru, mając wrażenie, że to książka wybrała jego. Jego los staje się nierozerwalnie związany z powieścią "Cień wiatru" autorstwa nieznanego Juliana Caraxa. Powieść okazuje się dla Daniela tak fascynująca, że postanawia dowiedzieć się o autorze więcej i poszukać innych jego książek. Tym sposobem Daniel natrafia na tajemniczą historię nieszczęśliwej miłości, skomplikowanych relacji rodzinnych i pasji. Dodatkowo, wkrótce okazuje się, że wszystkie książki tego autora próbuje zdobyć – by je potem spalić - tajemnicza postać bez twarzy przestawiająca się jako Lain Coubert - postać z z książki, gdzie okazała się być diabłem. Jeśli dodamy do tego okrutnego, psychopatycznego inspektora policji, który jest głęboko zamieszany w aferę otrzymujemy niesamowicie wciągającą mieszankę o niebanalnej fabule, zakręconej intrydze i ciekawych bohaterach.

"Cień wiatru" jest literaturą najwyższej próby. Fabuła niesamowicie wciąga i ciekawi, co najważniejsze jest prawie nieprzywidywalna. Prawie - bo pewnych istotnych faktów domyśliłem się już na początku, nie popsuło mi to jednak w żaden sposób przyjemności czytania. Bardzo podobał mi się sposób, w jaki narrator odsłaniał kolejne zawiłości historii. Odbywało się to stopniowo, dozując informacje poprzez rozmowy z kolejnymi postaciami. Ich opowiadania o przeszłości są jednak tylko tłem dla wydarzeń teraźniejszych w książce. Ale tłem, które pozwala spojrzeć na historię z odpowiedniej perspektywy i wyjaśnia wiele spraw. Świetnie zarysowane są sylwetki bohaterów. Są one wyraziste - mają swoje motywy i uczucia. Nikt nie jest całkowicie biały lub czarny. Po mistrzowsku są oni wprowadzani w akcję książki - tak "stopniowo". Najpierw natrafiamy o wzmiankę o kimś, potem ten ktoś się co jakiś czas pojawia na kartach, żeby ostatecznie odkryć swoje znaczenie dla całości historii. W ten sposób czytelnik ma wrażenie rzeczywistego poznawania świata razem z bohaterem, a nie zaś wrzucenia w wir akcji jak do basenu. Obrazy malowane słowami przez autora są bardzo plastyczne i bez problemu możemy wyobrazić sobie Barcelonę, po której poruszają się wręcz namacalne postaci z książki. Co dla mnie ważne - ta książka nie jest naiwna, wręcz przeciwnie fabuła sprawia wrażenie spójnej i logicznej. Dziwne wydało mi się tylko to, że czarny charakter - inspektor Fumero - nie szukał podejrzanych osób, w najbardziej oczywistych miejscach ich pobytu.

Podsumowując, jak dla mnie ta książka to niemal ideał. Świetnie napisana, o ciekawej fabule i postaciach, z doskonałym prowadzeniem narracji. Fabuła nie jest naciągana. To wszystko sprawia, że czytelnik staje się prawdziwym współuczestnikiem akcji, a Daniel i inni - jego przyjaciółmi. I o jakości książki świadczy chyba fakt, że po jej przeczytaniu czułem się jakbym wrócił z wakacyjnej przygody w dobrym towarzystwie. Chciałem tam wrócić, chciałem dalej przebywać z bohaterami w tym świecie. Ale niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy...



ocena: 10/10
wydawnictwo: Muza

środa, 12 stycznia 2011

The Godfather, (Ojciec chrzestny), Mario Puzo


Jedną z książek, które ostatnio przeczytałem, a które bardzo mocno na mnie podziałały jest "The Godfather" Maria Puzo, czyli, jak kto woli - "Ojciec chrzestny" (nie chrzęstny, ani kostny!!!). Podaję tytuł angielski, bo książkę czytałem w oryginale. Być może będę miał z tego powodu troszkę inny odbiór tej powieści, niż gdybym czytał polski przekład.
 
A oto moje wrażenia:

Akcja "ojca chrzestnego" dzieje się w pierwszej połowie XX wieku w USA. Jest to historia amerykańskiego gangstera don Vito Corleone, pochodzącego z Sycylii. Don, jak każe się tytułować, rozwija swoje imperium w Nowym Jorku, gdzie działa jeszcze kilka podobnych sycylijskich "familii". Oczywiście panuje między nimi wieczna rywalizacja o wpływy i cicha próba sił. Wiadomym jest, że jeśli jedna rodzina osłabi czujność to inne bezlitośnie wykorzystają jej słabości. W tym świecie istnieje podział terytoriów - zarówno przestrzennie (dzielnice), jak i w sferze działalności. I tak Corleone trzyma pieczę nad hazardem (nielegalnym w tym czasie w stanach), ale nie interesuje się sutenerstwem, czy narkotykami. Postać Dona można w zasadzie polubić. Poznajemy go w chwili, gdy różne osoby proszą go o pomoc, w sprawach, które - legalnymi środkami - są nie do rozwiązania. Don Vito łaskawie nie odmawia pomocy, w zamian każe się tytułować Ojcem Chrzestnym. Wymaga od swoich dłużników szacunku i zapewnienia, że oni także spełnią kiedyś jego prośbę - zwrócą dług. W ten sposób powiększa się misterna sieć wzajemnych układów, zależności i zobowiązań, na których zbudowana jest mafia. Na pierwszy plan wysuwa się charakterystyka Dona - przestępcy w białych rękawiczkach, o nienagannych manierach, bystrym umyśle i wielkich zdolnościach przywódczych oraz strategicznych.

Muszę przyznać, że książka ta przeleżała na półce mnóstwo czasu czekając na swoją kolejkę, aż zachęciła mnie do niej moja kobieta. Może do lektury nie zachęcała prosta, wręcz ascetyczna okładka, może też nie miałem ochoty zagłębiać się w świat mafii. Po prostu jakoś nie mogłem się przekonać. I to był błąd, bowiem powieść wciągnęła mnie od pierwszej strony i nie pozwoliła oderwać uwagi aż do końca. Okazało się, że historia działań rodziny Corleone opisana jest w arcyciekawy sposób, nie pozwalający na chwilę nudy czy spokojniejszego oddechu. Autor w niesamowity sposób przedstawia dzieje don Vito - od początków jego ciemnej działalności, aż po przekazanie imperium kolejnemu pokoleniu. Uwagę zwracają bardzo intensywne, szczegółowo zarysowane sylwetki postaci, w szczególności samego Dona oraz jego synów. czytając mamy wrażenie, jakbyśmy rzeczywiście tam byli, a kolejni członkowie familii byli prawdziwymi, posiadającymi swoje słabości i przyzwyczajenia osobami. Dodatkowo cieszy fakt, że narracja prowadzona jest w sposób niezwykle realistyczny. Dialogi nie są drętwe, wręcz przeciwnie, tętnią emocjami wyrażanymi na różne sposoby. Sporo w nich wulgaryzmów, ale to dodaje realizmu powieści - w końcu świat mafii to nie kółko polonistów przy herbatce. Jeśli dodać do tego przemyślaną i bardzo realistyczną fabułę - o której w żadnym miejscu nie możemy powiedzieć, że jest naciągana - otrzymujemy dzieło literatury. Zresztą to nie tylko moja opinia, bo powieść została doceniona przez Francisa Forda Coppolę poprzez nakręcenie filmu na jej podstawie o tym samym tytule.

"Ojciec chrzestny" to lektura, którą mógłbym polecić każdemu, choćby po to, by mógł przekonać się jak funkcjonuje światek mafii. Oprócz takiej wiedzy, książka ta niesie ze sobą wysokich lotów rozrywkę i czystą przyjemność z czytania. Przyznam się, że nie oglądałem nigdy filmu, ale po przeczytaniu tej książki na pewno nadrobię zaległości.

Ocena:10/10
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...