Archiwum bloga

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 września 2011

Czas zmierzyć się z legendą...

W tym roku w wakacje postanowiłem odwiedzić stare kąty. Miejsca dawno nie widziane, ale zawsze obecne w mojej pamięci i wywołujące bardzo pozytywne uczucia. Wycieczka rozpoczęła się w lipcu. Paradoksalnie, w domu na kanapie. Moja podróż zaczęła się od ostatniego życzenia. Właściwie: "Ostatniego życzenia" autorstwa Andrzeja Sapkowskiego.

Cykl wiedźmiński przeczytałem pierwszy raz zaczynając liceum, wtedy powieść ta zafascynowała mnie, stała się dla mnie legendą. Od tamtej pory 7 tomów przygód wiedźmina Geralta przeczytałem z 7 czy 8 razy. Za każdym podejściem znajduję w tej książce coś zaskakującego - coś, na co nie zwróciłem wcześniej uwagi, lub też o czym zapomniałem. Tym sposobem ta lektura nigdy się nie nudzi... Powieść ta stanowi dla mnie wspomnienie moich nastoletnich lat. Mam do niej ogromny sentyment i w związku z tym lojalnie ostrzegam, że ten artykuł jest bardziej zbiorem moich wrażeń, czy spostrzeżeń, niż w miarę obiektywną recenzją. Czas zatem zmierzyć się z legendą...

Cykl wiedźmiński składa się z dwóch tomów opowiadań: "Ostatnie życzenie" oraz "Miecz przeznaczenia", a także z pięciotomowej powieści. Kolejne tomy noszą tytuł: "Krew elfów", "Czas pogardy", "Chrzest ognia", "Wieża jaskółki" i "Pani jeziora"  (alternatywne - opracowane przeze mnie i brata - tytuły to: "Brew entów", "Czas podagry", "Chrzęst ogniw", "Wierzę ja w spółki" oraz "Pani je zmora"). Opowiadania w zbiorach łączy przede wszystkim postać wiedźmina Geralta - głównego bohatera. Kolejne 5 tomów to regularna powieść i części te są ściśle ze sobą związane. Głównymi bohaterami cyklu są Geralt oraz Ciri. Geralt jest wiedźminem - najemnym zabójcą potworów. Ciri jest następczynią tronu Cintry - kraju, który został podbity przez Nilfgaard. Jednocześnie jej losy zostają w przedziwny sposób splecione z losami Geralta, który przyjmuje wobec niej rolę opiekuna i uczy ją tego co sam umie - walki mieczem. Dość szybko okazuje się, że dziewczynka przejawia talenty magiczne, w okiełznaniu których pomaga jej czarodziejka Yennefer. Yennefer to jedyna prawdziwa miłość Geralta, kochankowie raz ze sobą są, raz od siebie uciekają, ale uczucie trwa. Wkrótce okazuje się, że Ciri jest osobą poszukiwaną nie tylko przez wielu ludzi, czarodziejów, elfy, ale nawet wywiady państw. Większość z nich nie ma wobec dziewczynki dobrych zamiarów. I tu zaczyna się cała masa intryg, komplikacji i wydarzeń, na które recenzja nie jest właściwym miejscem.
Fabuła sagi jest bardzo wielowątkowa i zakręcona jak projekt ustawy napisanej przez polskie partie rządzące. Bardzo fajnym zabiegiem ze strony autora jest mnogość sposobów narracji. Każdy rozdział rozpoczęty jest cytatem z rozmaitych fikcyjnych źródeł. Raz są to podania ludowe, innym razem fragment jakiejś księgi z dalekiej wobec wydarzeń w książce przyszłości. Innym razem fragment legendy o Geralcie, czy wpis z encyklopedii. Nadaje to niesamowitej wiarygodności powieści. Sama fabuła opowiadana jest również z perspektywy rozmaitych postaci, co buduje pewien relatywizm wydarzeń. A propos relatywizmu: bohaterowie są szarzy. Co nie znaczy, że są bezbarwni. Mam jedynie na myśli fakt, że nikt nie jest stuprocentowym białym- albo czarnym charakterem. Tu każdy ma swoje motywy, powody dla których prowadzi swoje życie tak, a nie inaczej. Nie da się nikogo jednoznacznie ocenić jako tego złego, czy dobrego. Jak w życiu. Jak już jednak napisałem szare odcienie nie sprawiają, że postacie są bezbarwne. Wręcz przeciwnie. Sapkowski jest mistrzem w tworzeniu wyrazistych bohaterów, każda z jego postaci posiada charakter, poglądy, swoje charakterystyczne powiedzenia, w każdą mistrz Sapek tchnął duszę. Co więcej, postacie są kreacjami dynamicznymi. Doświadczenia, jakie zbierają na łamach powieści zmieniają ich spojrzenie na świat, niejednokrotnie i charakter. Przykładem może być postać Ciri – którą poznajemy jako dziecko, a w czasie powieści wyrasta ona na pewną siebie nastolatkę o zdefiniowanych poglądach.
Każdy bohater przynależy do jednej z ras zamieszkujących świat wykreowany przez Sapkowskiego. I tak mamy tu elfy, krasnoludy, niziołki, gnomy, driady oraz oczywiście ludzi. Poszczególne rasy zostały stworzone w absolutnie logiczny sposób. I tak krasnoludy to rubaszne brodate karły, specjaliści w zakresie wydobywania rud żelaza, a także w obróbce metali. Elfy są z kolei wyniosłe, przekonane o swojej wyższości nad ludźmi. Żyją w zgodzie z naturą, są długowieczne, lecz mało płodne. Driady to leśne panny, które prawie nigdy nie kontaktują się z ludźmi. I tak dalej... Rozmaite rasy, a także potwory Sapkowski zaczerpnął z wielu mitologii – słowiańskich (strzyga), skandynawskiej, anglosaskiej – elfy. Również relacje pomiędzy poszczególnymi rasami zostały stworzone w bardzo realistyczny, wręcz „ludzki” sposób. I tak, ludzie nienawidzą wszystkich, którzy są od nich odmienni. Elfy wszystkich traktują z góry. Krasnoludy próbują się integrować, ale nie są akceptowane przez ludzi. W miastach są specjalne getta dla nieludzi, mieszane potomstwo jest pogardzane przez wszystkie rasy.

Wszyscy nieludzie zgodnie zachowywali rezerwę wobec ludzi. Ludzie odpowiadali
nieludziom podobną monetą, ale wśród nich też bynajmniej nie obserwowało się integracji.
Szlachta spoglądała z pogardą na kupców i domokrążców, a żołdacy i najemnicy odsuwali się
od pasterzy w śmierdzących kożuchach. Nieliczni czarodzieje i adepci izolowali się zupełnie i
wszystkich dookoła sprawiedliwie obdarzali arogancją. Tło stanowiła zaś zbita, ciemna,
ponura i milcząca gromada chłopów. Ci, przypominając armię lasem wznoszących się nad
głowami grabi, wideł i cepów, ignorowali wszystko i wszystkich.
Wyjątek, jak zwykle, stanowiły dzieci. Zwolniona z nakazu ciszy obowiązującego w czasie
występu barda, smarkateria z dzikim wrzaskiem pomknęła ku lasowi, by tam z zapałem oddać
się grze, której reguły były nie do pojęcia dla kogoś, kto pożegnał się już ze szczęśliwymi
latami dzieciństwa. Mali ludzie, elfy, krasnoludki, niziołki, gnomy, półelfy, ćwierćelfy i
berbecie zagadkowej proweniencji nie znały i nie uznawały podziałów rasowych i
społecznych. Na razie.”


Moim zdaniem problemy społeczne świata Sapkowskiego to kalka analogicznych kłopotów naszego świata. Dodać trzeba, że podobne odniesienia naszej ludzkiej rzeczywistości można obserwować u Sapka na bardzo wielu płaszczyznach. Świat zaproponowany nam w powieści jest po prostu realistyczny i „ludzki” - w tym negatywnym znaczeniu tego słowa- aż do bólu. To dodaje realizmu powieści, sprawia, że lektura nie wydaje się być oderwaną od zasad świata i logiki bajką. Ciekawą kastą są tu czarodzieje – zostanie czarodziejem, bądź czarodziejką wymaga lat wyrzeczeń i ogromnej pracy połączonej z talentem. Jednak kiedy adept zostanie przyjęty do grona, odbija sobie lata poświęceń i traci wszelkie hamulce. Czarodzieje oraz czarodziejki to grupa samolubnych bufonów, oddających się perwersyjnym uciechom. Mimo że potrafią naprawdę dużo, nie są oni zainteresowani niesieniem pomocy nikomu, a przynajmniej nie za darmo. Sapkowski stworzył bardzo spójny świat, świat w którym ludzie są ksenofobiczni, samolubni i nieuczciwi, elity mają wszystko w poważaniu, królowie to często ludzie okrutni i zapatrzeni we własny skarbiec, motywem działań jest najczęściej chciwość, strach, rzadziej rozsądek, a już absolutnym wyjątkiem jest troska o bliźniego, czy bezinteresowność. Tło społeczne i polityczne głównych wydarzeń w książce stanowi wojna z południowym cesarstwem Nilfgaardu, a także rozpaczliwe powstanie rozgoryczonych sytuacją młodych elfów i krasnoludów. Powstanie, która sprowadza zagładę na ich własne rasy – bo tylko elfia młodzież jest płodna. Tak nakreślone okoliczności wydarzeń pokazują geniusz Sapkowskiego jako pisarza. Żeby było jeszcze ciekawiej Sapkowski stylizuje język – i tak chłop mówi jak chłop, krasnolud przeklina, czarodzieje używają skomplikowanych figur retorycznych. Każda postać jest spójna ze swoim środowiskiem w sposobie wypowiedzi, poziomie wiedzy i zdolności pojmowania świata. Ta niesamowita cecha dodaje jeszcze realizmu powieści. Pisząc o realizmie nie sposób nie nadmienić o świetnych opisach walk. Opis bitwy pod Brenną jest prawdziwym majstersztykiem. Sapkowski przekazuje narrację rozmaitym uczestnikom bitwy. Czytelnik może w ten sposób dowiedzieć się jak czuję się tuż przed walką żołnierz piechoty, jak działa szpital polowy, poznać ogromny strach jaki towarzyszy podjazdom sprawdzającym pozycje wroga. Całość składa się na niesamowicie realistyczny opis bitwy, który sprawia, że dosłownie słyszy się huk walki, krzyki ranionych i wizg zabijanych koni. Opis tej batalii zrobił na mnie ogromne wrażenie, ale opisy walk toczonych przez Geralta, czy Ciri są również niesamowicie obrazowe. Obok realistycznych scen walki w powieści możemy napotkać również dość odważne, ale jednocześnie subtelne sceny erotyczne.
"-Rozmawiali, ale to nie byla zwykla rozmowa - Coz bylo w niej niezwyklego ? - Wieksza czesc czasu ona trzymala nogi na jego ramionach"

W całej misternej konstrukcji świata nie mogło zabraknąć takiego zawodu jak wiedźmin – najemny zabójca potworów. Wiedźmini przechodzą mutację, dzięki czemu zyskują potężne zdolności potrzebne im w walce z potworami. Jednocześnie jednak płacą za to ogromną cenę – są bezpłodni, a przez resztę społeczeństwa traktowani z najwyższą nieufnością jako „parszywi odmieńcy”. Konstrukcja tego zawodu oddaje całą istotę kreacji świata – słodko-gorzkiego świata.

Kolejnym elementem decydującym o niezwykłości tej powieści jest cudowny, złośliwy i sarkastyczny humor Sapka. Nieraz zdarzyło mi się turlać po łóżku ze śmiechu po przeczytaniu wyjątkowo udanego fragmentu powieści. Sapkowski bawi się słowem, jego dowcipy są raz wysublimowane, innym razem dość dosłowne i rubaszne ale zawsze niezmiernie śmieszne.

- Pan śpi - powtórzył odźwierny, patrząc na Geralta z góry. Był wyższy o głowę i blisko dwukrotnie szerszy w barach. - Głuchy jesteś, włóczęgo? Pan śpi, mówię.
- A niech sobie śpi - zgodził się wiedźmin. - Mam interes nie do twojego pana, ale do damy, która tu przebywa.
    - Masz interes, powiadasz - odźwierny, jak się okazało, był człowiekiem dowcipnym, co zadziwiało u kogoś tej postury i aparycji. - To idź, powsinogo, do zamtuza i zrób z niego użytek. Wynocha.
Geralt odpiął od pasa sakiewkę i zważył ją w dłoni, trzymając za rzemyki.
- Nie przekupisz mnie - rzekł dumnie cerber.
- Nie zamierzam.
Odźwierny był za potężny, by mieć refleks pozwalający uchylić się lub zasłonić przed szybkim ciosem zwykłego człowieka. Przed ciosem wiedźmina nie zdołał nawet przymknąć oczu. Ciężka sakiewka z metalicznym trzaskiem wyrżnęła go w skroń. Runął na drzwi, chwytając się oburącz ościeżnicy. Geralt oderwał go od niej kopniakiem w kolano, pchnął barkiem i zdzieliłsakiewką jeszcze raz. Oczy odźwiernego zmętniały i rozbiegły się w przekomicznym zezie, nogi złożyły się pod nim jak dwa scyzoryki. Wiedźmin, widząc, jak drab, choć już prawie bez zmysłów, maca jeszcze dookoła rękami, walnął go z rozmachem po raz trzeci, prosto w ciemię.
- Pieniądz - mruknął - otwiera wszelkie drzwi.”

Sapkowski w „Wiedźminie” ukrył wiele smaczków i nawiązań do innych utworów, baśni, podań. Bardzo ciekawie czyta się o księżniczce Vandzie, która utopiła się w rzeczce Duppie bo nikt jej nie chciał. Sapkowski jest mistrzem takich odniesień i odkrywanie ich stanowi część zabawy. Ich ilość jest niesamowita i jestem pewien, że sam odnalazłem tylko niewielką część ich wszystkich.

- Prawda. Północ blisko, ogień przygasa. Posiedzę jeszcze, zawsze najlepiej układało mi się rymy przy dogasającym ogniu. A potrzebuję dla mojej ballady tytułu. Ładnego tytułu.
- Może "Kraniec świata"?
- Banalne - parsknął poeta. - Nawet jeśli to faktycznie kraniec, trzeba to miejsce określić inaczej. Metaforycznie. Zakładam, że wiesz, co to metafora, Geralt? Hm... Niech pomyślę... "Tam, gdzie..." Cholera. "Tam, gdzie..."
  • Dobranoc - powiedział diabeł.”

Nie mogę tu nie napisać o świetnym pomyśle Sapka na funkcjonowanie wampirów. Otóż wg autora Wiedźmina na wampira ludzka krew działa jak alkohol na ludzi. Wampiry wcale się nią nie żywią, ale jest ona potrzebna dla dobrej zabawy i w celu przełamywania lodów towarzyskich. Jak dla mnie pomysł jest genialny, a fragment lektury, w którym wampir opowiada o swoim uzależnieniu przebija wszystko:

(...)- Później - ciągnął Regis - wystąpiły alarmujące objawy. Zabawa i towarzystwo zaczęły
pełnić rolę absolutnie drugorzędną. Zauważyłem, że mogę się bez nich obyć. Wystarczająca i
naprawdę ważna stała się krew, nawet pita...
- Do lustra? - wtrącił Jaskier.
- Gorzej - odrzekł spokojnie Regis. - Ja nie odbijam się w lustrach.(...)”



Całe to jednak wspaniałe tło nie zdało by się na nic, gdyby główne wątki były nudne. Na szczęście tak nie jest. Fabuła powieści jest zawiła i pokręcona jak projekt ustawy w polskim sejmie. Koleje losów głównych bohaterów są nieprzewidywalne, spotykają oni na swojej drodze bardzo interesujące postaci, toczą wiele walk, ale i dialogów. Przeżywają przemiany wewnętrzne. Nie chcę tutaj zdradzać szczegółów, ale gwarantuję, że nikt nie będzie zawiedziony.

Wady? Wielu czytelników uważa zakończenie za niezbyt fortunne. Moim zdaniem również mogłoby ono zostać trochę inaczej napisane.

Podsumowując, Saga o Wiedźminie to powieść genialna, osadzona w świetnym świecie, okraszona smaczkami i humorem, o bystrej, wciągającej fabule i barwnych bohaterach. Przy tym nie posiadająca w zasadzie wad. Jak dla mnie jest to powieść wszech czasów. Żadna inna książka nie towarzyszyła mi tak często w życiu, żadna inna nie miała na moje życie takiego wpływu. Na tej powieści się wychowałem i na zawsze pozostanie najważniejszą lekturą mojego życia. Dziękuję Mistrzu...

czwartek, 31 marca 2011

PAN LODOWEGO OGRODU, TOM 3. - DOBRA, CHOĆ NIE POZBAWIONA WAD LEKTURA

Stało się. Skończyłem czytać trzeci tom „Pana Lodowego Ogrodu” Jarosława Grzędowicza. Zarazem jest to ostatnia do tej pory wydana część cyklu, jednak jej zakończenie nie pozostawia wątpliwości, że będzie kontynuacja. „Pan lodowego ogrodu” to powieść z pogranicza sci-fi i fantasy, która nieźle namieszała w polskim światku fantastyki. Pierwszy tom cyklu został uhonorowany prestiżowymi nagrodami: Śląkwą, Nautilusem, Sfinksem oraz Nagrodą im. Janusza A. Zajdla. Książka zdobyła wielką popularność i wielu czekało z niecierpliwością na kolejne tomy. Wkrótce po ich wydaniu pojawiło się sporo głosów, że księgi druga i trzecia – jakkolwiek ciekawe i dobrze napisane – ustępują poziomem genialnej pierwszej części. Pojawiło się rozczarowanie oraz głosy, że Grzędowicz powinien tę historię zakończyć jak najszybciej, żeby nie psuć jej jakości coraz gorszymi tomami. Takie opinie można wyczytać o PLO w Internecie. Jak mają się one do faktycznej jakości tomu trzeciego?

Jakiś czas temu napisałem, że wbrew obiegowej opinii tom drugi podobał mi się nawet bardziej niż pierwszy. Za drugą częścią przemawiały pogodniejszy opis świata oraz bardzo ciekawie poprowadzone wątki powieści. Co tu dużo ukrywać, zżyłem się już z bohaterami i miło było czytać o ich dalszych losach. Tym chętniej sięgnąłem więc po tom trzeci. I tu niestety już nie było tak różowo.

Ale po kolei. Tom trzeci rozwija znane z poprzednich części dwa główne wątki powieści – Vuko Drakkainena – ziemianina, wysłanego na odległą planetę, na której odkryto cywilizację na etapie rozwoju ziemskiego średniowiecza. Vuko ma odnaleźć zaginioną ekipę badawczą, ewakuować ją, a także „posprzątać” po nich. Chodzi o to, by cywilizacja ta pozostała nieskażona wpływem ludzi i ich techniki. Wkrótce okazuje się, że misja jest dużo bardziej złożona niż się początkowo wydawało, bo w świecie tym panuje magia. Magia, którą ziemianie przy odrobinie wprawy władają z zastraszającą łatwością – w przeciwieństwie do tubylców. Ta władza uderza im jednak do głowy i wkrótce jeden z nich staje na czele państwa i przygotowuje się do podbicia innych krain. Vuko nie ma więc prostego zadania, bo jasnym jest, że ekipa sama z siebie wrócić nie chce. Początek trzeciego tomu zastaje Vuko na lodowym drakkarze – okręcie, który płynie w nieznanym kierunku nadanym przez nieznanego twórcę. Vuko wie jednak, że stworzyciel drakkara może okazać się jego kartą przetargową, swoistym języczkiem u wagi w układzie sił w świecie. W ten sposób Drakkainen dociera do tytułowego Lodowego Ogrodu – miasta położonego na dalekiej wyspie, którego władcą też jest ziemianin. Wkrótce do naszego bohatera docierają niepokojące wieści o poczynaniach innych członków zespołu badawczego. Zmuszony on jest do subtelnej, ale jednocześnie twardej gry… Drugim wątkiem jest historia ucieczki Tohimona ze zbuntowanego kraju – Amitraju, którego jest prawowitym władcą. Amitraj jest odpowiednikiem ziemskiej Persji. W kraju tym doszło do przewrotu – obalono cesarza, przywracając fanatyczno- religijną władzę kapłanek Podziemniej Bogini. Tohimon – jako syn cesarza musi uciekać z kraju, by uratować swój lud i w przyszłości być może odzyskać władzę. Pod koniec drugiej części Tohimon popada w niewolę i trzeci tom w dużej części opisuje jego zmagania z losem niewolnika. Pod koniec tomu wątki te zbiegają się w jeden, kiedy Vuko przychodzi z pomocą Tohimonowi. Ich współpraca niewiele jednak ułatwia przy skomplikowanej sytuacji w świecie.

Trzeci tom oceniłbym jako najgorszy z całego cyklu. Składa się na to szereg czynników. Przede wszystkim, denerwuje mnie troszkę język powieści – jest trochę za delikatny, taki ułożony. Nie koresponduje on z brudem, ponurą naturą świata, w którym dzieje się akcja. Nie chodzi o to, żeby główny bohater bluzgał na lewo i prawo, ale o to, żeby czytając miało się wrażenie, że tak rzeczywiście mówią i myślą jego postacie. Bez cenzury.
Drugą wadą są niedoskonałości kreacji postaci. Postać Smildrun, która jest właścicielką Tohimona –niewolnika przedstawiona jest jako okropnie brzydka, budząca odrazę, wredna, bezlitosna sadystka – nimfomanka. Taki czarny charakter. W niej nie ma nawet jednej pozytywnej cechy – czy to w wyglądzie, czy charakterze. Taka postać jest po prostu sztuczna i przypomina nam czasy bajeczek, w których smok był paskudny i zły, a rycerz nieskazitelnie dobry. Tylko, że wraz z procesem dorastania okazywało się, że smok walczył o pożywienie, księżniczkę porywał po to, żeby trzymać w szachu wszystkich, którzy chcieli roznieść go grupowo na widłach. Walczył o przetrwanie. Rycerz zaś ratował księżniczkę bo albo miał długi do popłacenia, albo liczył na łaskę i nagrodę od króla, albo wreszcie na wdzięczność laski, jaką jest księżniczka wyrażoną w dość gwałtowny, ale bardzo przyjemny sposób. A w te niestworzone historie o ręce królewny i połowie królestwa nie wierzył chyba nikt, z królem i księżniczką na czele, a na rycerzach skończywszy. Podsumowując – każdy miał swoje jasne i ciemne strony. Tak postacie tworzy mistrz Sapkowski i od niego Jarosław Grzędowicz mógłby się w tym temacie wiele nauczyć. Niestety, opisany problem to nie wyjątek, a raczej reguła. Ponadto postacie sprawiają wrażenie spłyconych, nie posiadają wewnętrznych rozterek, problemów. Czytelnik ma wrażenie, że każdy robi to, co do niego należy – bez wahania, wątpliwości czy nadmiernego główkowania. Na szczęście problem ten dotyka postaci drugoplanowych, Vuko i Tohimon są dość wyraziści, posiadają zmienne uczucia i nastroje. Bardzo płytko został potraktowany wątek - Sylfany – miłości Vuko. Możnaby liczyć na coś więcej niż suche wzmianki o cielesnym kontakcie postaci. Gdzie jakieś uczucia, gdzie tęsknota, cierpienie, troska o drugą osobę?
Niektóre elementy fabuły też wydają się być troszkę naciągane. Jak to bowiem możliwe, by obcy lud uwierzył brudnemu niewolnikowi na słowo, że jego Pani skatowała ich ziomka? Ba, uwierzył! Przystąpił do szturmu siedziby Smildrun! Na podstawie jednej, niepotwierdzonej opinii! Na szczęście w fabule nie ma zbyt wielu takich naiwnych miejsc i całość sprawia wrażenie spójnej całości.
Miałem też wrażenie, że koniec powieści został bardzo skrócony - przynajmniej w porównaniu do reszty książki. Owszem, w końcówce powinno się dużo dziać, ale tu wydarzenia są dość łatwe do przewidzenia i napisane tak, jakby autorowi kończył się papier w drukarce, a chciał koniecznie wydrukować skończoną powieść jeszcze tego samego wieczoru.

Dobra, ponarzekałem sobie, jak każdy Polak potrafi, teraz pora na plusy. Mimo wszystkich wymienionych przeze ze mnie wad książka jest naprawdę interesującą pozycją, którą poleciłbym każdemu fanowi fantastyki w tym kraju. Zacząć trzeba od tego, że przedstawiona historia naprawdę wciąga, czytelnik jest tak dalece ciekawy co będzie dalej, że w pośpiechu przewraca strony i rezygnuje z należnej mu porcji snu. Znacie ten schemat: „jeszcze dwie strony”, potem: „jeszcze do końca rozdziału”, a następnie: „zobaczmy co się stanie na początku kolejnego”, by dość do konkluzji: „ale ja jestem głupi, jutro będę zasypiał w pracy na siedząco”. Akcja, podobnie jak w pozostałych tomach, jest wartka i naprawdę dużo się dzieje, więc nikt na nudę nie powinien narzekać. Można powiedzieć, że autor wręcz skupił się na prowadzeniu akcji, lekceważąc opisy świata, w którym cała akcja się dzieje. Nie jest to niewątpliwie lektura dla miłośników długich i dokładnych opisów przyrody w „Nad Niemnem”. Autor podsyca zaciekawienie przez to, że kończy rozdziały w krytycznych, możnaby rzec, dla fabuły momentach. Kolejny rozdział nie kontynuuje jednak przerwanej historii, a przenosi czytelnika do drugiego głównego wątku pozostawiając czytającego w stanie permanentnego zaciekawienia. Bardzo podobają mi się pomysły autora dotyczące mechaniki magii. Dowiadujemy się wtedy co dokładnie należy zrobić i pomyśleć, by czar dał konkretny efekt. Jest to bardzo miły akcent na tle tych wszystkich książek, w których bohaterowie po prostu czarują, lecz nikt nie wie jak to się dzieje. Podoba mi się kreacja Tohimona – jest to postać dynamiczna, posiadająca chwile załamania i rezygnacji, potrzebująca wsparcia ze strony towarzyszy. Podobnie Vuko jest wart uwagi, szczególnie ze swoim świetnym, cudownie sarkastycznym, a czasem nawet cynicznym poczuciem humoru. Ponadto, bardzo przemawia do wyobraźni opis życia jako niewolnik. Jako plus można odczytać też fakt, że wszystkie trzy tomy są ze sobą bardzo spójne – mimo dużej rozpiętości czasowej wszystkie napisane są w tym samym stylu i „trzymają klimat”.


Podsumowując, jest to pozycja zdecydowanie warta przeczytania. Ustępuje ona jakością pierwszemu i drugiemu tomowi, ale nadal jest to porządny kawałek polskiej fantastyki. Czekam na czwarty tom, który prawdopodobnie ukaże się nie wcześniej niż w przyszłym roku. Z przyjemnością czytało mi się trzy tomy tej powieści i jestem pewien, że będę czerpał radość również z kolejnego.


8/10

wtorek, 15 marca 2011

Pan Lodowego Ogrodu, tom 2 - dalsza część godna tomu pierwszego

YYYYYYYYYYYYYYY!!! aaaaaaaaaaHHHHHH!! PUK!
ufff! jest! udało się! oderwałem się na chwilę od trzeciego tomu Pana Lodowego Ogrodu, by zdać relację z lektury tomu drugiego. Zanim go przeczytałem, dotarłem do recenzji na blogach, z których jasno wynikało, że drugi tom PLO jest najsłabszym ogniwem serii, że jest znacznie gorszy niż część pierwsza i trzecia. Hmm, może ja jestem jakiś niestandardowy, ale mnie tom drugi podobał się BARDZIEJ niż pierwszy.


Dlaczego uważam tą część za lepszą, wbrew opinii ogółu, zapytacie?  Myślę, że znam odpowiedź na to pytanie. Drugi tom nie jest taki posępny i ponury jak spora część tomu pierwszego. Ponadto, fabuła drugiego tomu jest niesamowicie wciągająca i moim zdaniem nie ustępuje jakością, ani stopniem wsysowatości tomu pierwszego (wsysowatość - miara oznaczająca jak trudno oderwać się od książki. mierzona w wsssp-ach wg układu SI, oraz Electroluxami w USA).  Do tego dochodzi jeszcze obeznanie ze światem i zżycie z bohaterami. Wszystkie te czynniki sprawiły, że drugi tom pochłonąłem, podczas gdy pierwszy tylko szybko czytałem. Drugi tom miażdży i wywołuje silne emocje. Miałem w nim taki moment (dotyczący pobytu bohaterów w Czerwonej Wieży), w którym byłem na tyle silnie przejęty akcją i problemem bohaterów, że przerywałem lekturę po paru linijkach, z powodu napięcia. Na szczęście dalej mogłem czytać już normalnie. W zasadzie wszystkie peany pochwalne, jakie napisałem o pierwszej części, dotyczą też drugiej. Mamy więc tu zaskakujący, ale logiczny świat. Ciekawe postaci prowadzą interesujące dialogi oraz podejmują zrozumiałe działania. Całość jest bardzo spójna. Nic nie dzieje się "bo tak". Sposób pisania Grzędowicza w większości w narracji pierwszoosbowej bardzo mi odpowiada i pomaga utożsamiać się z bohaterami.  Dodatkową atrakcję stanowią fragmenty wierszy z rozmaitych dzieł wykreowanego świata prezentowane na rozpoczęcie każdego rozdziału. 


Teraz część którą zostawiłem sobie na koniec, jako najtrudniejszą. Zadanie brzmi: napisać coś sensownego o fabule, jednocześnie nie ujawniając za wiele treści pierwszego ani drugiego tomu. Trudne. Ale nie niemożliwe.  W książce opisane prowadzone są dwa wątki znane z pierwszego tomu: wątek Vuko wypełniającego swoją misję oraz wątek Tohimona. Na skutek perturbacji znanych czytelnikom pierwszego tomu, Vuko traci sporą część swoich nadzwyczajnych zdolności, np tryb bojowy. Cyfral przestaje być możliwy do kontrolowania i pojawia się w postaci bajkowej wróżki (!). Okazuje się, że misja jaka stoi przed bohaterem jest znacznie trudniejsza niż się wydawało, bo przeciwnik posiadł potężne zdolności magiczne, oraz sporą armię. Vuko jednak dostaje poparcie bogów tej planety, którzy w tym co się dzieje dostrzegają potężne zagrożenie dla swojego dominium.  Vuko uczy się więc magii - tzw. pieśni bogów, ze skutkiem może nie rewelacyjnym, ale zadowalającym. . Jest jednak jasne, że nasz bohater musi sporo się nauczyć, by móc pokonać swojego wroga. Wkrótce okazuje się, że Vuko zyskuje nowych popleczników..
Drugi wątek opowiada o ucieczce Tohimona z kraju. Na skutek obalenia władzy Tygrysiego Tronu do władzy dochodzi dawno wyparty kult pramatki, ze swoimi bardzo rygorystycznymi i nietolerancyjnymi prawami. Tohimon (którego imienia nie pamiętam) zmuszony jest uciekać z kraju, by być może kiedyś w przyszłości powrócić i odzyskać władzę. W ucieczce tej przeszkadzają nowe prawa, które zabraniają choćby podróży, a także świadomość, że odkrycie tożsamości tohimona zakończy się jego pewną śmiercią. Tohimon i jego towarzysz - Brus zmuszeni są do wykorzystania niejednego fortelu i przebrania, by cel został osiągnięty. Bohater dostrzega ogromny bezsens nowego ładu i nie może zrozumieć, czemu ludzie wolą takie jażmo zamiast spokojnych i logicznych rządów swojego ojca - cesarza.


Oba wątki dostarczają mocnych wrażeń i nie umiem powiedzieć, który bardziej mi się podoba. Zacząłem czytać trzeci tom i jedyne co mnie martwi, to fakt, że nie ma żadnej informacji, kiedy ukaże się kolejna część. A to oznacza, że za kilka dni czeka mnie przymusowa przerwa w tej historii. Pozostaje mi tylko więc zaapelować: Panie Jarku, niech Pan pisze szybciej czwarty tom! I liczyć, że prośba zostanie wysłuchana..

10/10

piątek, 25 lutego 2011

Dobre, mroczne fantasy - Pan Lodowego Ogrodu tom 1

O tym jak słabą mam pamięć przekonałem się przy ponownej lekturze "Pana Lodowego Ogrodu" tom 1. Jarosława Grzędowicza. Wiedziałem, że książkę tę kiedyś przeczytałem, ale zupełnie nie pamiętałem żadnych moich odczuć o niej. Nic. null. Zero. Szybkie spojrzenie w mój zeszyt, w którym od lat zapisuję i oceniam wszystkie książki, które czytam i okazało się, że PLO zyskał u mnie 9/10 punktów. Tak zachęcony raźno wziąłem się do lektury. A właściwie wziąłbym się do tego, gdyby nie drobny szkopuł. Okazało się, że pierwszy tom jest w zasadzie w księgarniach niedostępny (książkę zdobyłem po długich bojach). Co innego tom drugi i trzeci - te cieszą się zdecydowanie mniejszym powodzeniem. Wniosek nasuwa się taki, że pierwsza część nie zachęca do kontynuacji lektury. Nic bardziej mylnego...

Historia jaką opowiada nam Grzędowicz ma miejsce w odległej przyszłości. Ludzka technika posunęła się daleko do przodu, szczególnie w zakresie podróży kosmicznych. Gdzieś w zakamarkach kosmosu ludzie odnajdują obcą cywilizację poziomem rozwoju zbliżoną do naszego średniowiecza. Obcy wyglądają w zasadzie jak ludzie, z tą różnicą, że nie mają białek w oku, a pełne czarne, "końskie" ślepia. Na planetę wysłano już kiedyś ekipę badaczy, po których słuch zaginął. Potem była pierwsza misja ratunkowa, potem druga - obie przepadły bez śladu. Wreszcie ziemianie wysyłają na planetę Vuko Drakkainena - głównego bohatera powieści. Vuko ma za zadanie dowiedzieć się co się stało, posprzątać (dużą uwagę przykłada się do nieskażenia świata obecnością ludzi i ludzkiej techniki) i zabrać ocalałych ludzi z powrotem. Vuko zostaje ucharakteryzowany na tubylca, otrzymuje odpowiednie przeszkolenie w zakresie walk, języków, kultury i wszystkiego, co jest potrzebne do życia w tym świecie. Szybkie zdobywanie wiedzy umożliwia mu cyfral - wszczepiony do mózgu rodzaj grzyba pełniący funkcję komputera. Cyfral ma szereg innych przydatnych umiejętności. W chwili zagrożenia umożliwia napompowanie krwi taką ilością adrenaliny, że bohater zyskuje kilkukrotnie szybsze reakcje i tak wielką siłę, że musi uważać, by sam nie zerwać sobie ścięgien. Ponadto, potrafi on przestawić wzrok na widzenie w podczerwieni oraz wyrysować bohaterowi przewidywane trajektorie strzał przed strzałem z łuku. Vuko otrzymuje też odpowiedni ekwipunek, w tym niesamowicie ostry i lekki miecz, zbroję, siodło i rozmaite inne przydatne przedmioty. Vuko rozpoczyna więc wędrówkę po planecie będąc świetnie do tego przygotowanym. Mimo to, szybko okazuje się, że w swojej misji będzie potrzebował wykorzystać wszystkie swoje umiejętności, a nawet więcej...
Drugim wątkiem snutym w książce jest opowieść o księciu - następcy Tygrysiego Tronu państwa Amitraj. Razem z bohaterem przeżywamy jego proces nauki i przygotowań do objęcia tronu, razem z nim obserwujemy coraz bardziej napiętą sytuację w Królestwie, którego powodem jest przedłużająca się susza.

Oba wątki są bardzo interesujące. Zdecydowanie nie jest tak, że tylko jeden ciekawi, a drugi jest zapychaczem. Oba równorzędnie wciągają i pozwalają zapomnieć o Bożym świecie, na rzecz tego wykreowanego przez Grzędowicza. A ta rzeczywistość naprawdę wciąga. Świat przedstawiony jest odwzorowaniem średniowiecznych nadmorskich osad wikingów, gdzie podróżuje Vuko krainy dość podobnej do Persji, gdzie rozgrywa się wątek Tygrysiego Tronu. Początek książki zrobił na mnie bardzo mroczne wrażenie. Po pierwszych 100-150 stronach zrobiło się jakoś przyjemniej. Sądzę, to celowy zabieg autora, który chciał przedstawić wybitną wrogość i obcość tego świata dla Vuko, a nie po prostu nierówny sposób pisania. Dobrze jednak, że cała powieść nie jest utrzymana w tonacji tych pierwszych rozdziałów, bo pewnie nie przypadłaby mi do gustu. Na uwagę zasługuje ciekawie wykreowany świat, barwny, żyjący własnym życiem, z mnóstwem ciekawych pomysłów, takich jak choćby wspomniany cyfral.

Teraz może parę słów o tym co mi się nie podobało. Przede wszystkim słabo mi się czytało końcówkę – miałem wrażenie, że jest trochę chaotycznie napisana. Na mój odbiór mogło mieć wpływ to, że czytałem ją wieczorem i może niezbyt uważnie. Druga rzecz, która mnie trochę irytowała, to częste przejścia autora z narracji pierwszo- do trzecioosobowej. Zawsze przy tym odczuwałem taki dysonans i odciągało to moją uwagę od akcji. Niektóre jego pomysły – również w dalszej części powieści – były dla mnie za mroczne, sprawiały, że nagle robiło się tak jakoś nieprzyjemnie. Ale możliwe, że właśnie taki był zamiar autora…

Moim zdaniem tom pierwszy Pana lodowego ogrodu to świetna, trzymająca w napięciu powieść. O jakości lektury niech świadczy fakt, że zaraz po skończeniu pierwszego tomu sięgnąłem po drugi. Moim motywem była jednak ciekawość dalszych losów i chęć pozostania blisko z bohaterami powieści, a nie tylko wola kontynuowania już zaczętej historii. Myślę, że warto sięgnąć po tę powieść, choćby po to żeby wyrobić sobie o niej własne zdanie. A jest ono najczęściej pozytywne…

9.5/10

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Rycerz kielichów - Jacek Piekara

Od jakiegoś czasu mam w planie zagłębić się bardziej w Polską fantastykę. Poszerzyć swoje horyzonty o utwory pisarzy, których książek jeszcze nie miałem w rękach. Jednym z takich autorów jest Jacek Piekara. Ucieszyłem się więc, gdy zobaczyłem mocno przecenioną książkę tego autora na straganie w podziemiach dworca Warszawa Zachodnia. Bez zastanowienia, nie mówiąc już o poczytaniu opinii w internecie kupiłem "Rycerza kielichów". Niestety to był błąd.. Błąd ten dostrzegłem w trakcie czytania.

Pierwsze strony nie zapowiadają jeszcze, że mamy do czynienia z – co tu ukrywać - gniotkiem. Wręcz przeciwnie - fabuła wciąga: główny bohater jest zwykłym szaraczkiem żyjącym w Polsce i pracującym w korporacji. Chodzi codziennie do pracy i narzeka na swoje monotonne życie. Zaczyna jednak śnić bardzo realistyczne i szczegółowe sny, w których lata na smoku nad jakąś krainą ubrany w zbroję, z przypasanym do boku mieczem. Jego zaintrygowanie sięga zenitu, gdy spotyka na ulicy dziewczynę, która zwraca uwagę głównego bohatera dokładnie opisując jego powracający sen. I tu zaczynają się już dziwy i bajeczki, bowiem główny bohater ni z tego, ni z owego pozwala obcej zamieszkać u siebie. Nieee, w ogóle nie wydaje mi się to naiwne i naciągane, wcale, a wcale... Ale kontynuujmy... Okazuje się, że dziewczyna jest medium, która zsyła sny na głównego bohatera. A te podobają mu się tak bardzo, że coraz chętniej przebywa w nich, tracąc kontakt z rzeczywistością. W świecie snu jest on bowiem mężnym Lanne Lloch l'annach - rycerzem obdarzanym głębokim respektem i bojaźnią przez innych. Egzystencję w świecie fantazji utrudnia trochę fakt, iż bohater zupełnie nie zna swojej fantastycznej przeszłości. Tymczasem inne osoby ewidentnie oczekują od niego zachowania, które wymaga znajomości wcześniejszych zdarzeń. Ale co to dla naszego bohatera! Przecież ma bystry umysł! Następnie Lane zaczyna prowadzić własną politykę. Nie znając techniki walki mieczem pokonuje najlepszego szermierza tamtych krain... i to dzięki czemu?! Otóż, w młodości nasz bohater często prał się na podwórkach Warszawy z rówieśnikami. To dało mu taką szkołę walki, jakiej nie daje nawet pobyt w klasztorze Shaolin, czy też służba w komandosach. Jego przeciwnik nie wiedział z jakim gierojem ma do czynienia. Niechybnie partner walki Lane w młodości bawił się lalkami, bo nie był w stanie obronić się przed jego sposobem walki. Później robi się jeszcze zabawniej. Lane nie mając pojęcia o dowodzeniu motywuje swoją armię (serwując żołnierzom pompatyczną, naiwną przemowę) do walki z przeważającymi kilkukrotnie siłami wroga - Suzerena. I dzięki fortelowi taktycznemu na poziomie szkoły podstawowej (zapewne to też umiejętność wyniesiona z młodzieńczych potyczek) wygrywa (sic!) bitwę. Od pewnego momentu w realnym świecie głównego bohatera i jego przyjaciółkę zaczynają prześladować tajemnicze zbiry. W zasadzie nie zostaje wyjaśnione co jest ich motywem. Wiadomo tylko, że "pewnym ludziom bardzo nie podoba się ingerencja bohatera w ten drugi świat". Okazuje się bowiem, że nie jest on tylko snem... Nie jest jednak nigdzie wyjaśnione czemu tym ludziom działanie Lane się nie podoba i w jaki sposób działają w realnym świecie - jaką tworzą organizację. No czeski film!

Mógłbym długo wymieniać nielogiczności i naiwności powieści, ale wystarczy! nie będę kopać leżącego! Główny bohater jest tak nieskazitelnie biały, czysty i szlachetny, że to aż razi w oczy. Fabuła jest nadęta i tak pompatyczna, że aż boli. Całość przypomina raczej bajkę dla dzieci, w której postaci są białe albo czarne, a brak jest odcieni pośrednich. Jest to jednak bajka z dużą ilością seksu, więc dla dzieci raczej się nie nadaje. Dla dorosłych też nie, bo naiwność książki budzi irytację. W efekcie nie jest to w zasadzie powieść dla nikogo... Istnieje sporo motywów, które nie zostały wyjaśnione, w zasadzie nie wiadomo co tam robią. Powoduje to wrażenie bałaganu w fabule, w której nie do końca wiadomo co? jak? dlaczego? Powieść ewidentnie pisana była z myślą o ciągu dalszym - większość wątków pozostaje otwarta i niedokończona. Potęguje to wrażenie chaosu w książce. Nie polecam...

Szczególnie szkoda mi fajnego pomysłu, który zaprzepaścił autor. Śnienie życia w alternatywnym świecie może być ukazane na 55 tysięcy sposobów, a autor wybrał zdecydowanie jeden z gorszych. Naprawdę, szkoda..

Tytuł: Rycerz kielichów
Autor: Jacek Piekara
Wydawnictwo: Runa
ilość stron:327

ocena: 4/10

czwartek, 13 stycznia 2011

"Ja, diablica", Katarzyna Berenika Miszczuk

Witajcie,
Nie tak dawno poszedłem do księgarni, gdzie uwagę moją przyciągnęła ładna dziewczęca twarz okolona czarnymi włosami z fascynującym, granatowym odcieniem. Miała czerwone, zmysłowe, lekko uchylone usta. W jej oczach widać było ogień. Dotknąłem ją, a ona nawet nie drgnęła. I już wiedziałem, że musi byc moja, pragnąłem poznać ją bliżej, dowiedzieć się co w sobie kryje. Po paru minutach wyszliśmy razem z księgarni. Ja i egzemplarz powieści "Ja diablica" Katarzyny Bereniki Miszczuk.

W zasadzie nie pomyliłem się w swym osądzie. Intrygująca okładka okazała się zapowiedzią dobrej, choć mało ambitnej lektury. Autorka - 22 letnia studentka medycyny opowiedziała ciekawą historię. Już od początku jest niezwykle, bowiem powieść rozpoczyna się... zgonem głównej bohaterki - Wiktorii. I nie jest to wcale wstęp do retrospekcji, książka opowiada o kolejnych wydarzeniach właśnie po śmierci Wiki. A tych jest niemało... zaraz na początku dowiadujemy się, że bohaterka trafia do piekła, a konkretnie do urzędu, gdzie w obecności brzydkiego demona - urzędnika podpisuje cyrograf i staje się diablicą. Potem otrzymuje klucz umożliwiający przemieszczanie się po dominium Lucyfera, a także willę w Los Diablos - mieście potępionych. Za chwilę poznaje ultraprzystojnego diabła - Beletha, który zaleca się do niej dość nachalnie przez cały czas trwania książki. Wkrótce okazuje się, że życie w piekle nie wiąże się z wieczną karą, a raczej z niekończącymi się imprezami pełnymi używek i luksusowym życiem. Okazuje się, że dla ludzi, którzy właśnie umarli diabły i anioły przeprowadzają licytację o duszę, podczas której zapada decyzja czy dusza trafi do tych na górze, czy wręcz przeciwnie. Według autorki niebo jest po prostu zamieszkane przez ugrzecznionych nudziarzy, podczas gdy do piekła trafiają odważniejsze i bardziej rozrywkowe jednostki. I tak Wiki ma okazję poznać osobiście Napoleona, a także przyjmować rady od Kleopatry - tej Kleopatry! Bohaterka poznaje też Śmierć, która nie ma jednoznacznej płci i jest niewidoczna (dlatego kryje się pod głębokim kapturem). Wiktoria szybko odkrywa zalety pozycji diablicy – może wracać na ziemię do świata żywych. I często to czyni prowadząc podwójne życie. W piekle jest diablicą, na ziemi zaś zwykłą studentką, która walczy o sympatię Piotrka - jej wielkiej miłości. Z czasem okazuje się, że śmierć Wiki nie była przypadkowa i bohaterka zaczyna prowadzić na ten temat prywatne śledztwo. A to tylko wstęp do kolejnych wydarzeń...
W powieści tej urzekły mnie niesamowite pomysły autorki dotyczące zasad życia po śmierci. Książka pełna jest oryginalnych koncepcji i smaczków. Wynikają z nich rozmaite ciekawe sytuacje, jak choćby wspomniana możliwość dyskusji z Kleopatrą czy poznanie życiorysów właśnie zmarłych ludzi podczas targu o ich dusze. Urzeka pomysł moherowej babci, która z własnej woli idzie do piekła, by głosić tam słowo Boże i nawracać. Jednocześnie widać, że autorka czerpała pełnymi garściami inspiracje - i tak w dialog ze śmiercią wplątany jest popularny dowcip, a bal w piekle to dość czytelne nawiązanie do Bułhakowa. Jednak odwołania te w żaden sposób nie rażą. Zdecydowanie największym plusem tej książki jest właśnie kreacja świata przedstawionego. Z fabułą jest już troszkę gorzej, to znaczy jest ona ciekawa i wciągająca, ale niektóre jej fragmenty są naiwne. bez wdawania się w szczegóły diabły z jednej strony kreowane są na super inteligentne, zabójczo przystojne jednostki, z drugiej ich intrygi są przewidywalne i proste jak konstrukcja cepa. Podobnych niedociągnięć jest kilka. Razi też zbytnie uwypuklenie wątku romantycznego. Wiki bez przerwy myśli o Piotrku i Belecie, motorem większości akcji w książce są właśnie rozterki miłosne bohaterki. Ale może to takie kobiece, bo ja wiem? Jestem facetem i dla mnie to przegięcie. Również kreacja postaci nie jest najmocniejszą stroną autorki. Są one niezbyt wyraziste, a ich charaktery są spłycone do bólu.
Mimo wszystko, moim zdaniem jest to książka, po którą warto sięgnąć. Przyjemnie się ją czyta, mimo, że w zasadzie to romansidło, a pewne niedoskonałości można wybaczyć autorce, z racji niedużego stażu. Liczę, że jej kolejne książki naładowane będą równie dobrymi pomysłami jak ta.
ocena: 7/10
tytuł: Ja, diablica
autor: Katarzyna Berenika Miszczuk
wydawnictwo: W.A.B
premiera: 6.10.10
stron: 414
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...