Archiwum bloga

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jelonek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jelonek. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 listopada 2011

Wywiad z Michałem Jelonkiem część II


Szymon: wiem, że pracujesz nad nowym materiałem. Czy uchylisz rąbka tajemnicy. To jest projekt solowy, tak?

Michał: Tak, jest to następna płyta Jelonkowa.

Szymon: W jakich klimatach będzie osadzona nowy album?

Michał: wiesz co, to jest tak. Im dalej się nagrania toczą, tym bardziej ja sam czuję się zaskoczony, w jakim to kierunku idzie. Na demo wyglądało to zupełnie inaczej. Teraz, w trakcie nagrania pojawiają się nowe pomysły, rozwiązania. Także na razie to jest ciężko i ostro – bardzo metalowo . Ale jesteśmy jeszcze przed wrzuceniem wszystkich smyczków, które złagodzą klimat. Nie chcę nic zdradzać, bo sam nie jestem pewien. To trochę jest loteria. To nie są instrumenty MIDI, które nagrasz w domu i one zabrzmią tak samo na demo, jak i na nagraniu. To są żywi muzycy, którzy zupełnie inaczej czują instrument, inaczej „namalują” te dźwięki.

Szymon: Pierwsza płyta miała bardzo ciekawą, wręcz intrygującą oprawę graficzną. Czy okładkę drugiej płyty przygotuje to samo studio?

Michał: No właśnie chyba nie, jestem w trakcie poszukiwania odpowiedniej osoby. Nie chcę mieć do końca takiej okładki w stylu: „trupy i czaszka”

Szymon: pierwsza okładka bardzo mi się podobała. Była taka wysmakowana, dobrze oddawała charakter muzyki znajdującej się na płycie...

Michał: no właśnie, wiesz, ja mam taki konflikt wewnętrzny. Samo łączenie skrzypiec, które są bardzo klasyczne, łagodne z metalową ostrą muzyką, to już jest walka. To już się odbywa walka w trakcie nagrania. Ja chciałbym żeby skrzypce się przebiły przez ścianę dźwięku. Tak samo jest w graficznym opracowaniu – trzeba pokazać tą dwoistość.

Szymon: Kiedy można spodziewać się premiery tego albumu?

Michał: Premiera będzie w okolicach listopada tego roku

Szymon: studio, czy koncert?

Michał: koncert

Szymon: Podczas występów kreujesz image takiego złego rockmana: groźne miny, gest różków, czy ślimaków z palców. Jest to poza, czy naturalny sposób bycia?

Michał: Dlatego mówię o tej dwoistości. To jest tak: w domu jestem „misiaczkiem”, natomiast ten stres związany z występem powoduje, że zachowuję się zupełnie inaczej. Wiesz, niektórzy chowają się za instrument. Patrzą w ten gryf przez półtorej godziny bez spoglądania nikomu w oczy, albo patrzą w przestrzeń. Można by czasem pomyśleć, że taki człowiek się wywyższa. A często ten człowiek walczy cały czas se sobą, ze swoim stresem i słabościami. U mnie, podejrzewam, to też jest taka tarcza obronna. Poza tym takie zachowanie mnie rozluźnia.. Istnieje sporo zespołów rocka czy metalu, które prezentują taki bardzo pompatyczny, napuszony styl na scenie. Mam wrażenie, że w takim przypadku łatwo otrzeć się o śmieszność. Moim zdaniem łatwiej jest, kiedy podchodzi się z większym dystansem do siebie...

Szymon: Czy któryś koncert zapadł Ci szczególnie w pamięć?

Michał: Oczywiście Przystanek Woodstock. Właściwie te kilka przystanków, które grałem z Ankhiem i z innymi składami, ale najbardziej ten Jelonkowy – ostatni i najbardziej osobisty. Niesamowite przeżycie. Oprócz tego Jarocin'93 – taki przełomowy moment. Parę innych koncertów też było fajnych, jak będę miał kominek i będę pisał pamiętnik to Ci będę mógł opowiedzieć (śmiech)

Szymon: Jak oceniasz polską scenę rockową?

Michał: Nie wydaje mi się, że mogę cokolwiek sądzić, bo nie mam takiego doświadczenia. Brałem raptem udział w paru festiwalach zagranicznych i ciężko jest mi oceniać. Wiadomo, że Polska była – i w porównaniu do niektórych- nadal jest troszeczkę biedniejszym krajem. Są pewnie niedogodności sprzętowe, techniczne ale też mentalne czasami – wśród organizatorów. Muzycy... najważniejsi są muzycy: jak bardzo dają coś z siebie, jak bardzo są wiarygodni, a jak bardzo są kalką innych zespołów. W zasadzie wszyscy jesteśmy w jakimś stopniu kalką, w zasadzie wszystko już było. Natomiast, to ludzie tworzą scenę. Czasami jadę na jakiś festiwal na zachodzie, gdzie jest super sprzęt, wszystko jest profesjonalnie, nie ma się do czego przywalić.

Szymon: ...to zabija atmosferę, prawda?...

Michał: to nie jest tak, że to zabija atmosferę. Jest komfort pracy, wiadomo co, gdzie i jak. Wszystko jest podłączone. A ludzie nie dopisują. I nie ma tego przysłowiowego diabła. A potem idę na punkową imprezę, gdzieś w małym domu kultury. Sprzęt jest taki sam od 30 lat. Jest pani dyrektor, która płacze bo parkiet rysują, albo coś w tym stylu. Nic się nie zgadza co było ustalone, ale jest za to taka świetna atmosfera! Ludzie tak się bawią, tak szaleją! Nie do końca można oceniać scenę wg technicznego zaawansowania...

Szymon: Chodzi mi też o kierunek rozwoju, o klimat, o to, czy polska scena idzie w jakąś sensowną stronę...

Michał: Nie chcę się zamieniać w jakąś płaczliwą babę, ale ja pamiętam, że kiedyś muzykę się słuchało....

Szymon: rock'n'roll podobno umarł...

Michał: wiesz, śmierć rock'n'rolla ogłasza się w zasadzie od kiedy on powstał. Istnieją mody. Zobacz, znów modne stają się obcisłe jeansy i białe buty. Te zespoły młode myślą, że przeprowadzają wielkie rewolucje. A tak naprawdę jak posłuchasz i pogrzebiesz w płytotece to okaże się, że 10 – 15 lat temu było coś podobnego, tyle że słabiej nagranego... Oczywiście, raz na jakiś czas pojawi się coś tak zupełnie świeżego, że nie da końca da się to zaszufladkować. I całe szczęście. Wracając do rynku... Zmiany związane są z większym tempem życia. Kiedyś brało się słuchawki i słuchało się. Pożyczałem płytę, wrzucałem i mnie nie było przez godzinę. Teraz słucha się tak naprawdę w samochodzie głównie, w biegu, jakiś jogging, między reklamami, na imprezie. Muzyki słucha się tylko na koncertach. Mam nadzieję, że się mylę w ocenie sytuacji, że jest jak z meblami: są meble użytkowe, a są takie meble, które są stare – tak jak taki stary, przetarty miejscami fotel. Ale siądziesz w nim i czujesz tą atmosferę, ciepło. Tak samo jest z muzyką – jest muzyka użytkowa, która nie odciąga uwagi, jest ona łatwa, przyjemna, wpadająca w ucho. I jest muzyka, która ma przekazać i wzbudzić jakieś emocje. Życie nie polega tylko na tym, żeby tylko konsumować, być tylko odbiorcą, widzem, ale żeby coś przeżyć, coś poczuć, wskoczyć o jakiś mały stopień do góry. Żeby o czymś pomyśleć, bo to przecież nie chodzi tylko o emocje, ale często jest jakiś przekaz – społeczny, polityczny. To budzi jakieś skojarzenia, myślenie. Trybiki zaczynają pracować. Ja nie mówię, że każda muzyka musi być ambitna i z przekazem. Wiadomo, że musi też istnieć muzyka do tańca i do rozmowy towarzyskiej. Teraz często słucha się pojedynczych piosenek. Ja pamiętam Pink Floyd, te concept albumy. To było jak czytanie powieści. A teraz jest tak, jakbyś wziął książkę, otworzył ją w środku, przeczytał 13-ty rozdział i powiedział, że fajna lektura...

Szymon: Tu zmienił się nawet sposób nagrywania płyt – dawniej tworzyło się album jako spójną całość. Teraz są to pojedyncze kawałki, z których jeden ma się spodobać...

Michał: … wiesz, single były już w latach 50-tych...

Szymon: Tak, ale teraz doszła też sprzedaż przez internet, gdzie możesz kupić po prostu wybrany utwór.

Michał: Tak, to prawda, ta idea koncept albumu jest w tym momencie zagrożona. Choć z drugiej strony, kto ma do takich albumów dotrzeć, to dotrze. Zauważ, że media rządzą tym rynkiem. A mediami rządzą księgowi oraz ludzie od reklamy. Nie wiem, czy Pink Floyd teraz by wydal płytę. Wątpię. A na pewno nie sprzedałby jej w takim nakładzie. Pamiętam, jak miałem naście lat i obejrzałem film „The Wall”. Wywarł na mnie ogromne wrażenie. Po jego obejrzeniu nie mogłem spać. Dla mnie to była rewolucja. Właśnie o to chodzi, by taka muzyka z przekazem docierała do ludzi młodych, którzy czegoś szukają, rozglądają się za własną drogą, swoim miejscem w świecie.

Szymon: Mam jeszcze jedno, ostatnie, pytanie... Jak oceniasz muzykę osób, które grają w sposób zbliżony do tego, co Ty tworzysz? Mam tu na myśli Davida Garretta oraz Apocalypticę..

Michał: świetni muzycy. Nie chcę ich oceniać bo to jest tak bardzo kwestia gustu. Jestem bardzo otwarty i słucham różnych rzeczy. Podoba mi się to, że instrumenty smyczkowe są coraz bardziej używane.

Szymon: Dziękuję Ci za rozmowę, mam nadzieję, że będziemy mieli jeszcze okazję się spotkać i porozmawiać w przyszłości...

Michał: Dziękuję...


PODOBA CI SIĘ ARTYKUŁ? BLOG? POLUB FANPAGE NA FACEBOOKU! http://www.facebook.com/pages/Przy-wieczornej-herbacie/284356498262991?sk=wall

sobota, 22 października 2011

Wywiad z Michałem Jelonkiem, część 1.

Szymon: Witam Michale, cieszę się, że mogliśmy się spotkać, żeby przeprowadzić ten wywiad. Mam do Ciebie parę pytań. Powiedz mi jak to się stało, że absolwent szkoły muzycznej zaczął grać metal i to w takiej oryginalnej formie?
Michał: Jak to się stało? Jakoś tak pod koniec liceum kolega zaczął przynosić mi muzykę inną niż muzyka klasyczna. W związku ze szkołą muzyczną mój rozwój muzyczny bardzo ograniczał się wcześniej do muzyki klasycznej. Wtedy usłyszałem parę punkowych kapel: Sztywny Pal Azji, KSU, Armia. Ale oczywiście pojawiła się też Metallica, pojawił się Slayer, ze starszych rzeczy Black Sabath i dużo innych. To nie jest tak, że słuchałem jakiejś jednej kapeli. Moi koledzy przynosili mi różne rzeczy by zlikwidować moją niewiedzę i brak rozeznania, żebym posłuchał „prawdziwej muzy”. Oczywiście okazało się, że nie wszystko mi się podobało, ale też, że słuchanie Jimmiego Hendrixa wywołuje te same emocje, jakie mam przy Beethovenie, czy przy innych wykonawcach i utworach muzyki klasycznej i zaczęło mnie to intrygować. Nie miałem wtedy czasu by tym się zająć - wiadomo - matura, klasa dyplomowa. Ale już na studiach zacząłem na serio tę przygodę z muzyką pozaklasyczną. Pojawiły się zespoły jazzowe, bluesowe - jakieś tam takie rzeczy. Wtedy też poznałem chłopaków z Ankh. I ta znajomość się rozwinęła. Jednocześnie studiowałem muzykę klasyczną, a także grałem w filharmonii...
Szymon: No właśnie, to jest bardzo ciekawe połączenie - skrzypce i metal....

Michał: wiesz, to wyszło spontanicznie, nie było jakoś tam zaplanowane: "A teraz zacznę grać metal". To było tak, że miałem jakieś zajęcia na studiach, potem miałem próbę w filharmonii, a prosto z niej, wieczorem, szedłem na próbę z Ankh. Różne utwory cały czas gdzieś tam "chodziły z tyłu głowy" i stąd się wziął Vivaldi czy Paganini, których przenosiłem z próby na próbę. W drugą stronę to nie działało (śmiech) Później na studiach miałem problemy z tego powodu, że zacząłem grać metal. Wiesz, to co grasz przekłada się na instrument. Jak zaczynasz grać coś poza klasyką to widać, słychać i czuć. Profesorowie wyczuwają, że coś się dzieje.

Szymon: A to nie budziło akceptacji...

Michał: To też, a poza tym pojawiły się koncerty rockowe. Zwłaszcza po Jarocinie'93 z Ankhiem zaczęło to się rozkręcać i pojawiły się konflikt terminarzowe.

Szymon: A kiedy zaczęła się twoja przygoda z Hunterem? Jak to było?

Michał: To był 2000 rok, płyta "Medeis". Andrzej Karp do mnie zadzwonił i powiedział: "przyjedź, mam tutaj taki fajny zespół, takich krzyżaków, zagrali całkiem fajny utwór, posłuchaj go". No i przyjechałem, Usłyszałem "Fallen" - zarąbisty utwór. No i zagrałem, a chłopakom się spodobało. Potem zagrałem jeszcze w kilku innych utworach, choć te smyki były dość mocno schowane. Potem jakoś tak - nabijali się ze mnie i nabijali, ale w końcu stwierdzili, że brakuje im mnie w składzie...

Szymon: i zostałeś na dłużej...

Michał: tak można powiedzieć. Z czasem zagraliśmy kilka koncertów na zasadzie gościnnego występu, ale potem pojawiło się więcej płyt i koncertów i to się tak naturalnie rozwinęło.

Szymon: czy jest to tylko współpraca na gruncie muzycznym, czy też jakaś przyjaźń? Czy często imprezujecie razem?

Michał: NIe jestem typem imprezowicza, ani standardowym rockandrollowcem. Owszem, bardzo często po koncertach jest impreza, ale zazwyczaj ją omijam. Natomiast przy takiej ilości pracy i koncertów nie dałoby się wyżyć jeśli byśmy nie byli kumplami. Zwłaszcza, że pojawiają się bardzo duże emocje na scenie i przed sceną, kiedy jest stres. Musimy dobrze współpracować w takiej sytuacji.

Szymon: No właśnie, a co czujesz, Michał, przed wyjściem na scenę? Wychodzisz na scenę i przed Tobą jest cały Woodstock, kamery, bo ten koncert był przecież nagrywany. Jak się czuje taka osoba? przecież wiesz, że cała uwaga będzie skupiona na tobie w tym momencie...

Michał: To jest ogromny stres i ogromna trema...

Szymon: ...czy może wkracza tu już rutyna?

Michał: ja wiem? rutyna raczej nie, bo zawsze jest stres, zawsze jest trema. Mimo, że ja od 6-go roku życia na popisach grałem, zawsze to był dla mnie wielki nerw przed wejściem na scenę, obojętnie czy to był klub, czy też scena filharmonii, czy Przystanek Woodstock. Wiadomo, że im większa scena, większa publika, tym większa trema, a także waga i prestiż koncertu. Zwłaszcza jeżeli jest on nagrywany, to wiadomo że jeśli się ktoś walnie to już zostaje, więc inaczej też się tym człowiek przejmuje..

Szymon:... a to nie jest tak, że się wmontowuje kawałek z innego nagrywanego koncertu, tak żeby ukryć ten błąd?

Michał: jest taka możliwość, tylko że czasami niestety traci na tym koncert. Często jest lepiej po prostu zostawić ten błąd - wszyscy jesteśmy ludźmi. Kiedy zacznie się poprawiać, a to tu jeszcze, a to jeszcze tamto i nagle okazuje się, że obraz pokazuje koncert gdzie masz szaleństwo. Tymczasem dźwięk jest prawie jak z płyty. Słuchasz, nie ma się do czego przywalić, ale traci to na klimacie. Ja wolę, żeby ten dźwięk był dynamiczny, brudny, czasem fałszywy, ale żeby nie stracił tego ducha koncertu. Ludzie szybciej CI wybaczą błąd jeśli jesteś wiarygodny, niż jeśli jesteś nieomylny ale nie jestes sobą.

Szymon: Zapytałem się dlatego, że czytałem kiedyś wywiad z Davidem Gilmourem z Pink Floyd, który zapytany o to, czy poprawiał w ten sposób błędy na koncertówce powiedział, że oczywiście. Że nie ma zamiaru kajać się przed wszystkimi przez ileś lat, tylko dlatego, że się pomylił w solówce...

Michał: Wiesz, na moim DVD jest sporo baboli, ale gdybym miał zagrać tak zupełnie solowo też miałbym ten dylemat. Po drugie technicznie nie jest to do końca tak łatwo, dlatego że rejestracja dźwięku na DVD nie jest prosta. Łatwiej jest z obrazem -zawsze można uciec do zapisu z innej kamery. W przypadku dźwięku sprawa jest bardziej złożona, bo dźwięk jest z kilku źródeł. Trudniej jest zamaskować błąd

Szymon: Jakie koncerty wolisz? Czy takie kameralne, klubowe czy może olbrzymie – festiwalowe?

Michał: Liczy się kontakt z publicznością. I jest to obojętne czy jest to mały klub czy woodstock...

Szymon: … gdzie jest lepszy kontakt?..

Michał: To różnie, to zależy od ludzi, od klimatu, od pory grania, od tego jak wielu ludzi zna twoją muzykę, czy to są ludzie, którzy wiedzą co przyszli usłyszeć, czy też całkiem przypadkowi. Zależy od tego, czy jedziesz I grasz na “święcie kiełbasy”...

Szymon: ...grywasz na tego typu festynach?

Michał: tak, oczywiście I to są zazwyczaj naprawdę duże imprezy. Na nich większość jest ludzi przypadkowych. Oczywiście zdarza się grupa fanów. Tę większość trzeba do siebie przekonać, rozruszać ich. Czasem jest tak, że klubowy koncert na 300 osób jest o wiele gorętszy niż koncert na 10000. Oczywiście wyjątkiem jest Przystanek Woodstock, gdzie było totalne szaleństwo.

Szymon: wracając do upodobań muzycznych.. Chciałem się Ciebie zapytać jakie teraz są Twoje ulubione zespoły? Czego tak naprawdę słuchasz?

Michał: wiesz, ja gram dużo koncertów I po powrocie do domu nie chcę mi się nawet myśleć o muzyce. Jeżeli już słucham to muzyki klasycznej bo mnie ona koi.

Szymon: Pytanie zgodne z tematyką bloga: jakie są Twoje ulubione książki?

Michał: Lubię książki, które mnie odciągają trochę od rzeczywistości, czyli fantastyka, I to nie tylko “magia I miecz”, ale też naukowa fantastyka...

Szymon:.. Jakieś tytuły?...

Michał:... “Pan Lodowego Ogrodu” Jarosława Grzędowicza, “Oko jelenia": Pilipiuka, oczywiście mam ogromny sentyment i słabość do naszego “Wiedźmina” Sapkowskiego. Wiedźmin jak najbardziej ale trylogia husycka jest świetna. Uwielbiam tych polskich autorów, którzy w swoich utworach przemycają ten polski rys, który może być niezrozumiały dla czytelników zagranicznych.

Szymon: Jakub Wędrowycz...
Michał: tak, Jakub Wędrowycz. Dużo jest teraz takich utworów. Z autorów zagranicznych: to “Gra o tron” Martina – myślałem, że mnie nie wciągnie bo jest tam dużo intryg, ale po prostu nie mogłem się oderwać, pochłonąłem wszystkie tomy w przeciągu trzech tygodni. Ale też Anne Rice – taka bardziej kobieca literatura, ale ma swój klimat. To znaczy, kobieca jak kobieca bo jest tam sporo wątków homoseksualnych. Wychowałem się na Winnetou, Old Shatterhandzie. Czasem też czytam coś z sensacji: Ludlum, Forsyth, Coben też czasami, Grisham. Wiesz, nie jestem jakimś bibliofilem, który wynajduje nieznanych autorów, albo zgłębia podręczniki filozofii..

Szymon: Istniejesz na scenie muzycznej już naprawdę długo, dlaczego tak późno album solowy? Dlaczego dopiero teraz?

Michał: To wynikało z tego, że grałem w różnych składach, w różnych kapelach I najczęściej brakowało czasu I energii..

Szymon: nie wierzę, że brakowało pomysłów, sądząc po płycie...

Michał: To też nie jest tak, że jestem osobą, której piosenki wylatują z rękawa. Niektóre utwory z tej płyty mają nawet i po 10 lat.

Szymon: Jak oceniasz z perspektywy czasu swoją płytę solową teraz?

Michał: Teraz pewnie już bym ją inaczej nagrał. Ja nie lubię siebie słuchać. Jest zbyt dużo niedociągnięć, zbyt dużo braków aranżacyjnych, pomysłów muzycznych. Nie chciałbym się jednak teraz sam tutaj ukamieniować (śmiech)

Szymon: No jasne. Tak tylko pytałem, czy jesteś z niej zadowolony teraz, czy...

Michał: tak pół na pół

Szymon: Czy Ty sam ułożyłeś wszystkie partie instrumentów na płycie solowej? Czy może zostawiasz sporo swobody muzykom towarzyszącym?

Michał: To jest tak: Ja tworzę demo od początku – łącznie z perkusją, basem, gitarą I smyczkami. Są momenty, które są dopracowane bardzo , prawie do ósemki, gdzie mi zależy na konkretnym riffie gitarowym, beat, groove czy konkretnym uderzeniu lub przejściu, brzmieniu i barwie i tam się trzymam dokładnie planu, natomiast są momenty, gdzie wiem, że ktoś inny poradzi sobie z tą partią najlepiej. Specjalnie zapraszam różnych muzyków – np 2 czy trzech perkusistów, bo wiem, że każdy w innym stylu gry się czuje dobrze...

Szymon: No właśnie, na Twojej płycie było przecież trzech perkusistów. Przecież nie jednocześnie, prawda?

Michał: nie nie! To są sesje podzielone. Jest sesja perkusyjna. Dzielę po prostu płytę na części I przydzielam partie utworu osobom, które zagrają je najkorzystniej, bo czują się w danym rodzaju zagrywek najlepiej. Skończyły się czasy człowieka renesansu. Specjalizacje istnieją nawet w obrębie gry na instrumencie. Oczywiście, są ludzie, którzy poradzą sobie we wszystkich gatunkach, ale są muzycy, którzy siedzą w określonych gatunkach I wiadomo, że to jest to, co im w duszy gra. Dlatego właśnie na pierwszej płycie było trzech perkusistów. Na drugiej też dwóch zagra: Samba i Daray. Daray będzie grał gęste, szybkie partie. Samba zaś osadzone, “groove'owe” kawałki. W czasie nagrywania proszę muzyków żeby się wczuli w utwór, zagrali sobą – mówię tytuł, o czym ta kompozycja jest. Nie wydaje mi się dobre, by dawać muzykowi partyturę i sprawdzać tylko, czy zagrał równo, czysto. Muzyk powinien pokazać osobowość, zadziałać charyzmą.

Szymon: Ta ekipa ze studia gra później z Tobą na koncertach?

czwartek, 2 czerwca 2011

NIESPODZIANKA!!

W połowie przyszłego tygodnia przeprowadzę wywiad ze znanym polskim muzykiem grającym metal na skrzypcach: Michałem Jelonkiem. Jestem pewien, że niejeden/na z was pragnie zadać pytanie temu wirtuozowi skrzypiec. Postaram się wam w tym pomóc. na adres: przywieczornejherbacie@gmail.com wysyłajcie wasze pytania (do wtorku wieczór włącznie). Postaram się zadać je Jelonkowi i odpowiedzi opublikować w wywiadzie.

sobota, 22 stycznia 2011

Jelonek - Jelonek, czyli wyrafinowana muzyka w metalowym wydaniu

Ostatnio postanowiłem odkryć nowe obszary muzyki. Co tu dużo mówić miałem nadzieję trochę poeksperymentować w tej dziedzinie. Wszedłem więc na stronę empiku, gdzie można zapoznać się z zestawieniem Top w różnych kategoriach, w tym również w kategorii "muzyka". Na 16 miejscu listy plasuje się solowa płyta Michała Jelonka o tytule - jakżeby inaczej :) - "Jelonek". Na obraz tego artysty składały mi się tylko strzępy informacji, z których wynikało, iż jest to dobry skrzypek w klimatach mocno rockowych. Bardzo lubię połączenie instrumentarium klasycznego z metalową perkusją i gitarą, toteż uznałem, że ta płyta jest czymś, co warto posłuchać. Jeszcze tego samego dnia wróciłem z empiku z albumem w plecaku.

Już pierwsze przesłuchanie albumu utwierdziło mnie w przekonaniu, że warto było wydać te małą kwotę około 40zł na płytę. Ta muzyka urzeka już od pierwszych sekund. Na płycie znajduje się 14 w całości instrumentalnych utworów, które sprawiają wrażenie monumentalnych, czasem wręcz pompatycznych. Każdy z nich jest zupełnie inny- różni się tempo, rytm, riff, brzmienie. Jednak najważniejsza różnica tkwi w klimacie tych utworów. Każdy budzi inne emocje, wywołuje inne obrazy przed oczami. Mają one też wspólny mianownik: podkład perkusyjny i gitarowy dodający muzyce metalowego szlifu. W większości utworów można tez usłyszeć wiolonczelę. Całość wypada przecudnie: skrzypce – prowadzące melodię i  uzupełniane przez zaśpiewy wiolonczeli stanowią idealny kontrapunkt dla metalowego, mocno basowego podkładu. Jelonek i jego towarzysze potrafią pięknie budować nastrój: udaje mu się to zarówno w szybkich utworach, jak również w balladach. Jest to muzyka, w którą trzeba się wsłuchać. Nie dobrze się słucha jej jako podkład do jakiejś innej czynności - wtedy dżwięki skrzypiec potrafią nawet drażnić. Irytacja znika natychmiast, gdy poświęcimy muzyce należną jej uwagę. wtedy możemy delektować się pięknymi partiami skrzypiec i doskonałym podkładem. Nawet dla takiego laika jak ja widoczne są nawiązania do muzyki klasycznej, jestem pewien, że dostrzegam tylko znikomą część aluzji. Dość tu wspomnieć o Mosqito Flight, które jest mrugnięciem oka w kierunku klasycznego znanego utworu o tytule "Lot trzmiela".


Jeśli chodzi o poszczególne utwory,  moim faworytem jest MachineHat - kroczący, powolny utwór z ciekawym riffem przewodnim granym równocześnie przez gitarę i skrzypce. Dalej słychać refren z ciekawym perkusyjnym podkładem. Doskonały klimat buduje ostatni na płycie Pizzicato Ascetism (pizzicato oznacza technikę grania na instrumencie smyczkowym poprzez szarpanie strun palecem), który kojarzy mi się z jakimś pięknym zachodem słońca, albo zamgloną łąką, spokojem. Świetny jest też otwierający album BaRock przynoszący na myśl bal na dworze królewskim. Nie mogę też nie wspomnieć o balladzie Akka, w której w pewnym momencie rolę się odwracają i na pierwszy plan zamiast skrzypiec wysuwa się pięknie brzmiąca wysoka zagrywka gitarowa. Klimat tego utworu jest nie do opisania. Prawda jest taka, że właściwie każdy utwór jest godny uwagi słuchacza.

Jak dla mnie Jelonek stworzył dzieło pozbawione słabych punktów. Jego płyta fascynuje i zachwyca. Każdy utwór jest tu niesamowicie dopracowany. Z niecierpliwością czekam na więcej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...